wtorek, 5 czerwca 2018

50 ciekawostek o mnie

Chciałaś, Mir, no to masz:]

  1. Uważam, że kanapka to genialny wynalazek.
  2. Mam pluszowego creepera i endermana.
  3. W domu zawsze muszę mieć suszone pomidory w dużych słojach.
  4. Łatwo zasypiam w dzień.
  5. Nie umiem chodzić w butach na obcasie.
  6. Nie lubię coca-coli.
  7. Nie lubię też pepsi.
  8. Nie spędzam dużo czasu pod prysznicem.
  9. Zawsze brakuje mi piżam.
  10. W szufladzie w biurku mam zawsze straszny bałagan.
  11. I w torebce.
  12. W kuchni muszę mieć porządek.
  13. Kiedyś lubiłam salceson.
  14. Pamiętam telewizję bez reklam.
  15. Interesuję się survivalem choć nie chcę go sprawdzać w praktyce.
  16. Uważam, że Norilsk to ciekawe miejsce, choć nie chciałabym tam pojechać.
  17. Marzy mi się kolonizacja Antarktydy choć nie chciałabym w niej brać udziału.
  18. Mam nadzieję, że dożyję wysłania sondy do innej gwiazdy.
  19. Nie boję się pająków, bo nie latają.
  20. Uważam, że smażenie naleśników jest nudne.
  21. Chciałabym poznać największe zagadki starożytności.
  22. Nie, nie wierzę w starożytnych kosmitów;)
  23. Zaczynam mieć coraz większe wątpliwości, czy kosmici w ogóle istnieją.
  24. Nie chciałabym mieć żadnego zwierzęcia.
  25. Kiedyś miałam rybki.
  26. Jedna nazywała się Zorro.
  27. Jako dziecko byłam zła, że disneyowska „Mała syrenka” dobrze się kończy.
  28. Złamałam rękę kilka dni po poznaniu Raziela.
  29. Grałam kiedyś na skrzypcach w zespole ludowym.
  30. Chciałabym mieć różowy długopis (kiedyś taki miałam).
  31. Od lat nie używam tuszu do rzęs.
  32. W liceum miałam lepsze oceny z fizyki niż z angielskiego.
  33. Lubiłam brody zanim to zaczęło być modne.
  34. Jeździłam do Chorwacji zanim to zaczęło być modne.
  35. Chciałam polecieć na Islandię zanim to zaczęło być modne.
  36. Nie chcę już tam lecieć, bo to zaczęło być modne.
  37. Mam ból dupy, gdy rzeczy, które robię zaczynają być modne.
  38. Nie cierpię perfum.
  39. Zazdroszczę ludziom, którzy się nie przejmują, że się gdzieś spóźnią.
  40. Generalnie zazdroszczę ludziom, którzy się nie przejmują pierdołami.
  41. Nie umiem prasować.
  42. Staram się kupować rzeczy nie wymagające prasowania.
  43. Kiedyś interesowałam się filmami.
  44. Teraz praktycznie nie chodzę do kina.
  45. Kiedyś lubiłam sporty zimowe.
  46. Teraz ich nie znoszę.
  47. Moje pierwsze lego dostałam w Zakopanem.
  48. Jestem zła, że mój ulubiony magazyn kulinarny już się nie ukazuje.
  49. Nie lubię koni.
  50. Dziś zepsuła mi się pralka.


piątek, 11 maja 2018

Stargate SG-1 sezon 9 - 10

Mogłoby się wydawać, że po tym, jak Jack O'Neill odejdzie z drużyny, serial zdecydowanie straci na wartości, ale tak się nie stało. Sezon 9 i 10 można spokojnie potraktować jako jedną spójną całość, która obfituje w ciekawe odcinki, a nowe postacie niczego nie psują. Właściwie to jest mi dość przykro, że Vala pojawiła się tak późno, bo uważam, że to typ postaci, której brakowało w SG-1 od samego początku. Może Vala bywa denerwująca, ale jej cechy antybohatera są powiewem świeżości pośród wiecznie prawych i szlachetnych członków SG-1.
Jeśli chodzi o wrogów, to robi się interesująco, bo wreszcie dochodzimy do etapu kiedy SG-1 musi zacząć współpracować z Baalem, który zresztą stał się jednym z moich ulubionych bohaterów. Większość Goa'uldów raczej nie należało do postaci, które da się lubić, ale Baal to zupełnie inny poziom. Potrafi być wyjątkowo wredny, a jednocześnie ma w sobie coś, co sprawia, że chce się go więcej. I w sumie dostaje się go więcej, kiedy postanawia się sklonować:P
Ori są głównym wrogiem i teraz jak tak o tym myślę, to w zasadzie nie pojawiają się ani razu. Widzimy tylko pionków, którymi się posługują... i którzy są dość nudni. Ale ogólnie ciekawych motywów nie brakuje. Najlepszy jest oczywiście ostatni odcinek, którego oglądanie chyba nigdy mi się nie znudzi. Nowe postacie dają radę, a O,Neill momentami się pojawia, więc generalnie źle nie jest.
Cały serial od początku przeszedł długą drogę i uważam, że poza paroma potknięciami, była to droga ku lepszemu. A jak prezentuje się całość z dzisiejszego punktu widzenia? Cały czas wspaniale. Polecam:)

niedziela, 22 kwietnia 2018

Stargate SG-1 sezon 8

Sezon ósmy okazał się osłodą po siódmym. Wszystko tu jest tak, jak powinno. O'Neill zostaje generałem, a Carter dowódcą SG-1. Odcinki mi się naprawdę podobają. Pojawia się Vala (wreszcie), jest fajny motyw z Maybournem (myślałam, że go już nie zobaczymy), SG-1 zdobywa wehikuł czasu i oczywiście go używa. I to w jakim celu? Żeby ukraść ZPM z przeszłości. Haha! Oczywiście następują pewne zawirowania i dostajemy alternatywną rzeczywistość. Ten odcinek spokojnie można uznać za legendarny. Podoba mi się też sposób w jaki zostaje pokonany Anubis, sprzymierzenie się z Baalem i walka z replikatorami. Serio, nie ma się tu za bardzo czego doczepić. Może jedynie motyw z daniem się zrobić w bambuko przez replikatora był trochę przesadzony. Serio, po tylu latach SG-1 byliby wciąż tak naiwni? Ale tak poza tym, nawet te słabsze odcinki nie był aż tak głupie, by nie dało się ich oglądać, więc za ten sezon należą się wielkie brawa.

sobota, 14 kwietnia 2018

Stargate SG-1 sezon 7

Mówiłam, że mam nadzieje co do siódmego sezonu? Haha, co za naiwność! Siódmy sezon jest jeszcze gorszy od szóstego, dlatego ta notka będzie rekordowo krótka, bo po prostu nie ma o czym pisać. Większość odcinków to totalne średniactwo, a pod koniec sezonu (nie liczę dwóch ostatnich odcinków) dostajemy po ryju takim gównianym kombo i rekordową ilością wątków politycznych, że żal za dupę ściska. Jedyne świetne, w moim odczuciu odcinki to "Revisions" (to z kopułą na toksycznej planecie) i sama końcówka sezonu. Na dodatek ginie fajna postać. Ale jest jeden plus: w tym sezonie Daniel przestał mnie wkurzać. Chyba umieranie mu dobrze zrobiło.

niedziela, 8 kwietnia 2018

Stargate SG-1 sezon 5 - 6

Zrobiłam oba sezony dość szybko i nie miałam kiedy sklecić notki, więc teraz napiszę zbiorczo. Piąty sezon jest naprawdę bardzo dobry i obfituje w ciekawe odcinki. Ja np. bardzo lubię epizod "Ascension", w którym Pradawny zakochuje się w Carter i wraca do cielesnej formy. Może brzmi banalnie, ale odcinek warto obejrzeć chociażby dla motywu, w którym Pradawny zbudował wrota z rzeczy zamówionych na Ebayu. Innym świetnym odcinkiem jest "2001", czyli powrót do wątku z "2010". Tym razem Ziemianie napotykają tą samą złą rasę w nieco innych okolicznościach, ale udaje się podejść bubiarzy podstępem. Tak sobie pomyślałam, że powinni wszystkim złym dawać adres do czarnej dziury. Zrobiłoby się tam bardzo tłoczno;)
Niestety w piątym sezonie pojawił się też odcinek, którego nie byłam w stanie oglądać, czyli ten w którym Daniel umiera na chorobę popromienną (i ascenduje). Ale nie, że jakoś kocham tą postać, tylko po prostu nie lubię jak cały odcinek jest o czymś wielce niesmacznym.
Jeśli chodzi o sezon szósty to następuje tu znaczy spadek jakości i nie ma to dla mnie nic wspólnego z brakiem Daniela. Wprost przeciwnie, cieszyłam się, że wreszcie odpocznę od tej postaci, a Jonasa lubię bardzo. Serio, uważam, że jest najmądrzejszy ze wszystkim i jak dla mnie mógłby zostać w SG-1 na stałe. Ale niestety odcinki tego sezonu są jakoś słabo napisane. Niby nie dzieje się nic bardzo głupiego, ale też rzadko można doświadczyć efektu łał. Są może ze dwa epizody, które naprawdę lubię: "Frozen" - w którym na Antarktydzie znajdują pradawną i odmrażają, oraz "Paradise Lost" - w którym O'Neill i Maybourne (czyli w pewnym sensie wrogowie) muszę razem przetrwać na obcej planecie. Ten drugi to w ogóle jeden z moich ulubionych odcinków i uważam, że pokazuje jak ciekawą postacią jest Maybourne. Na początku serialu wydawało się, że to będzie tylko taki wredny typek stworzony po to, żeby denerwować widzów. A jednak okazało się, że nie. Cała reszta odcinków jest mocno przeciętna. I to w zasadzie wszystko, co mam na razie do powiedzenia. Sezon siódmy budzi we mnie dużo większe nadzieje.

niedziela, 25 marca 2018

Stargate SG-1 sezon 4

W co ja się wkopałam! Serio, zaczynam się zastanawiać, czy to był dobry pomysł z tymi wywodami po każdym sezonie. Nie doszłam jeszcze nawet do połowy! Zastanawiam się, jak opisywać te przemyślenia, żeby za każdym razem się nie powtarzać. Bo w sumie na ten moment chyba już wszyscy wiedzą jakie rzeczy mi się w SG-1 podobają, a jakie mnie drażnią. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Może tym razem spróbuję się skoncentrować na najlepszych odcinkach.
Pierwszy pamiętny odcinek z tego sezonu to "Upgrades", o nakładkach, które sprawiły, że członkowie SG-1 stali się supermenami. Mnie się to osobiście kojarzyło z magicznym napojem z Asterixa, zwłaszcza jak atakowali wrogów. Wesoły odcinek. Trochę szkoda, że już więcej motywów z "magicznymi nakładkami" nie było, ale wiadomo, bohaterowie mieliby za łatwo.
Kolejny pamiętny odcinek to mega legendarny hicior: "Window Of Opportunity", czyli Jack i Teal'c zostają królami dnia świstaka. Jeden z najśmieszniejszych odcinków wszech czasów. Coś, co można oglądać po wielokroć. A zaraz po nim odcinek "Watergate", który kojarzył mi się trochę z "Solaris". Tzn wodna, "żyjąca" planeta mi się kojarzy. I wreszcie motyw z Rosjanami korzystającymi z drugich wrót: to była jakaś odmiana.
"Scorched Earth" niby dobry odcinek, ale po latach wydał mi się bardzo nielogiczny. Tym razem jednak miałam się skupić na tym, co mi się podoba, więc może go przemilczę. Szkoda, że zauważyłam to, czego nie widziałam wcześniej:(
Właśnie zdałam sobie sprawę, że czwarty sezon obfituje w dobre odcinki. Kolejne moje ulubione to: "Beneath The Surface", "2010", "The Light", "Entity". Czemu nie opisuję ich ze szczegółami? Bo czasem się boję, że jak naprawdę przedstawię dokładnie swoje odczucia, to pomyślicie, że jestem nienormalna. Tzn. pewnie i tak już w ten sposób myślicie, ale nie chcę tego spotęgować. Może tylko napomknę, że w odcinku "Entity" strasznie podobał mi się motyw, jak Daniel próbował się płaszczyć przed istotą, która zawładnęła mózgiem Carter, a Jack nie wytrzymał i powiedział obcemu, żeby spier..., bo jak nie, to zniszczą całą jego cywilizację, a generał Hammond go poparł. To było świetne i moim zdaniem największe pokazanie jaj przez członka SG-1 do tej pory. I obcy oczywiście się przestraszył i spier... I bardzo dobrze. O to właśnie chodzi, żeby czasem pokazać tym kosmitom, żeby sobie nie pozwalali, bo inaczej dostaną łomot sromotny. Żadnego cackania się (sorry, Daniel).
W każdym razie czwarty sezon był najlepszym do tej pory.

środa, 14 marca 2018

Stargate SG-1 sezon 3

Myślałam, że trzeci sezon będę znać słabiej, ale, o dziwo, całkiem sporo rzeczy pamiętałam. Czy uważam, że to lepszy sezon od poprzedniego? Nie. Co prawda pojawiło się bardzo niewiele odcinków, które bym uznała za słabe, ale też zabrakło mi takich naprawdę genialnych. Na szczęście tym razem robiłam notatki, więc z chęcią opowiem konkretniej, co mi się podobało, a co nie.
Może zacznę od minusów. W tym sezonie pojawił się jeden odcinek, który obejrzałam na przewijaniu, bo inaczej uznałabym to za stratę czasu. Odcinek nosi tytuł "Pretense" i opowiada o tym jak Skaara trafia na planetę Tollan i musi przejść proces, bo ci sobie wymyślili, że w sumie Goauld ma takie samo prawo do życia, więc trzeba rozstrzygnąć, czy nosicielowi zostawić symbionta, czy nie. Nie przeszkadza mi to, że kosmici mieli różne punkty widzenia odnośnie tej kwestii, ale sam odcinek uważam po prostu za strasznie nudny i kojarzy mi się ze sporem czy aborcja powinna być dozwolona, czy nie. Jedyny plus za to, że pojawiło się trochę zapomnianych postaci. Kolejny odcinek, który wywołał u mnie negatywne odczucia to "Learning Curve", ale nie ze względu na fabułę, tylko ze względu na zachowanie postaci. W odcinku chodzi o to, że jest sobie planeta, na której ludzie nie zdobywają wiedzy tak, jak u nas, tylko jest grupa wybranych dzieci, które dostają nanocyty mocno przyspieszające nabywanie wiedzy. Jak taki wybraniec osiągnie wiek dwunastu lat, to wyciąga się te nanocyty i każdy członek społeczności dostaje po jednym, a wraz z nim zdobytą wiedzę. Te dzieci potem wszystko zapominają i przez resztę życia są głupie, ale społeczeństwo i tak się nimi opiekuje, więc generalnie spoko. Jak dla mnie sensowny model cywilizacyjny, biorąc pod uwagę, że na tej planecie postęp jest dziesięciokrotnie szybszy niż na naszej. No, ale wiecie. Nie jest tak, jak na Ziemi, więc to źle. Bo tylko na Ziemi jest dobry model społeczeństwa... bo tak. Miałam nadzieję, że bohaterowie wykażą się nieco bardziej światłą postawą, ale niestety zachowywali się jak zapatrzeni w siebie Amerykanie, którzy wszystko wiedzą najlepiej i będą pouczać inne kultury, jak powinny żyć. Jacka mogę jeszcze zrozumieć, bo to pasuje do jego charakteru, ale Daniel swoją ignorancją zszokował mnie na maska. Postać, która niby tak rozumie i szanuje obce kultury, zachowała się jak przeciętny beton. No ale cóż, to serial, więc musi trochę bazować na prymitywnych ludzkich emocjach. Gdyby nie to, odcinek uznałabym za bardzo dobry, a tak mnie tylko zirytował. Odcinek z robieniem questa i niepotrzebnym pomaganiem bandzie wieśniaków chyba pominę, bo najwyraźniej to tradycja i musi być przynajmniej jeden na serię.
Przejdźmy do pozytywów. Podobał mi się odcinek z łowcą nagród ("Deadman Switch"). Wreszcie jakaś postać, która nie ma skrupułów, a jednak da się ją lubić. Pasowałby mi ktoś taki do SG-1. Równoważyłby Daniela;) Choć muszę przyznać, że chyba największą przeciwwagą dla Daniela jest jak na razie Jack. Jego zachowanie i podejście chyba odpowiada mi najbardziej. Wcale nie ma ochoty wykonywać wszystkich questów i wiecznie pomagać kosmitom. Nie przeszkadza mu czasem zrobienie czegoś wrednego, żeby osiągnąć cel i przede wszystkim ma mega śmieszne teksty. Jeden z moich ulubionych to ten, kiedy mnich nakazał mu zdjąć buty w świątyni. Jack stwierdził, że wyświadcza wszystkim przysługę nie zdejmując ich:D Siłą rzeczy przypadł mi do gustu odcinek "Shades Of Grey", w którym Jack robił za podwójnego agenta. Nie pamiętałam dokładnie wszystkich plot twistów w tym odcinku, więc nawet mnie trochę zaskoczył. W sumie to nie obraziłabym się, gdyby Jack na serio stał się członkiem jakiejś grupy międzygalaktycznych złodziei. Albo jakby powstał spin-off o takiej tematyce.
Podsumowując i tak najlepszy zawsze jest Teal'c;)