niedziela, 27 października 2019

Kiszonki i plany kulinarne

Ostatnio wpadłam w fazę kiszonkową. Nie ograniczam się już tylko do ogórków, ale też poszerzyłam swoją "działalność" o inne, smaczne produkty, takie jak dynia, papryka, czosnek czy rzodkiewka. Skąd się to u mnie wzięło? Zauważyłam, że kiszenie najzwyczajniej w świecie mnie uspokaja, poprawia mi humor i ogólnie działa terapeutycznie, a ostatnie dwa miesiące były dla mnie dość stresujące, więc potrzebowałam jakiejś nowej odskoczni. Pisanie to dobra forma ucieczki od doczesności, ale czasem bywa męczące, więc jakieś mniej zobowiązujące hobby również jest wskazane. Generalnie lubię gotować, ale kiszenie jest specyficzne. Zastanawiałam się na czym polega jego magia i chyba już wiem. Paradoksalnie ma to związek z tym, co tak długo zniechęcało mnie do kiszenia: czas. Przy większości kiszonek nie ma dużo roboty, ale trzeba odczekać przynajmniej parę dni, żeby były dobre. W przypadku czosnku jest to nawet kilka tygodni. Natomiast ja zawsze preferowałam jedzenie, które można przygotować szybko. Zdałam sobie jednak sprawę, że to właśnie cały ten proces czekania jest najwspanialszy, bo pozwala doświadczyć czegoś, co we współczesnym świecie prawie zostało utracone: wyczekiwanie na gratyfikację. Tak wiele rzeczy możemy mieć natychmiast, że stajemy się niecierpliwi i wszystko chcemy już od razu. A okazuje się, że ta sztuka czekania jest niezwykle ważna. Każdego dnia patrzę na swoje słoiki i myślę sobie: "Ależ one są piękne. Jak cudownie będzie wreszcie je otworzyć i spróbować ich zawartość." Jutro zamierzam otworzyć paprykę, rzodkiewkę na Halloween, a czosnek pewnie dopiero w okolicach święta niepodległości. Ale nie przeszkadza mi to, że muszę czekać. Niech te cuda sobie spokojnie dojrzewają.


A teraz nieco o planach kulinarnych. Z kiszonek chciałabym jeszcze zrobić kalafiora oraz imbir marynowany w occie ryżowym. Ale myślę, że napiszę też trochę o innych rzeczach, które przydałoby się ugotować, bo ja ciągle zapominam, co chciałabym zrobić. Wiem, mogłabym po prostu zanotować sobie w zeszycie, czy coś, ale jakoś bloga uważam za najlepszą formę przypominania sobie, na co właściwie miałam ochotę.
1) Babka ziemniaczana. Nie robiłam jej całe wieki, a to takie proste i przyjemne danie. Robi się ją podobnie jak placki ziemniaczane, tylko zamiast smażyć na patelni, piecze się masę w piekarniku, przez co danie nie jest tłuste. Polecam każdemu, komu w plackach ziemniaczanych przeszkadza nadmierna ilość tłuszczu, ale lubi ich smak.
2) Leczo. Uwielbiam paprykę, a w tym roku jakoś zadziwiająco rzadko robiłam tę potrawę. Muszę się pospieszyć i zrobić ją, póki papryka jest jeszcze tania. Nie zostało mi zbyt wiele czasu. Może dodam też dynię.
3) Kupiłam suszony bób pod wpływem impulsu i przydałoby się go do czegoś wykorzystać, tylko jeszcze nie wiem do czego. Jestem otwarta na sugestie.
4) Bułki z dodatkiem mąki kokosowej. Robiłam już z mąką dyniową i wyszło super. Jestem ciekawa jak zadziała kokosowa.
5) Tofurnik czyli "sernik" z tofu. Mam już obczajony przepis i absolutnie muszę go przetestować na dniach. Chodzi za mną od dawna.
6) Barszcz. Stwierdziłam, że skoro mam fazę na kiszonki, to grzechem byłoby nie zrobić kiszonego barszczu. Napaliłam się, że w tym roku zrobię własny barszcz na wigilię, ale najpierw wolałabym go przetestować, żeby nie wyszedł źle.
7) Indyjskie pieczywo. Jeszcze nie wiem, które konkretnie, ale mam książkę kucharską z kuchnią indyjską, którą dostałam w tym roku na urodziny i wstyd się przyznać, że na razie niewiele z niej zrobiłam. A jestem fanką kuchni indyjskiej, więc koniecznie muszę coś nowego przetestować.

I założę się, że pewnie o czymś zapomniałam, ale jak sobie przypomnę, to dopiszę do listy;)

poniedziałek, 30 września 2019

Half Life - lepiej późno niż wcale

Witam po długiej przerwie. Moje zaniedbanie bloga upatruję częściowo w fakcie, że wciągnęły mnie gry, więc dzisiaj postanowiłam napisać o grach, które ostatnio mocno mnie pochłaniały. Oba Half Life'y mają już swoje lata, ale mnie jakoś nigdy nie przeszkadzało zabieranie się za starocie po latach. Choć staroć, to może nie jest tu odpowiednie słowo. Zarówno pierwsza jak i druga część gry mocno wyprzedzały swoje czasy i do tej pory dają wiele radości, ale o tym za chwilę.
Choć w pierwszej kolejności przeszłam HL2, najpierw pozwolę sobie powiedzieć parę słów o Black Mesa. Ponieważ jest to odnowiona wersja jedynki, postanowiła odpuścić sobie oryginał i zagrać w lepszy pod względem graficznym odpowiednik. I teraz żałuję, ale zanim wyjaśnię czemu, najpierw parę słów o fabule. Nie będę wdawać się w szczegóły, ale chcę przynajmniej ogólnie nakreślić w jakim klimacie jest to gra. Jeśli oglądaliście "Stranger Things" to wiedzcie, że główny zamysł jest w zasadzie podobny. Zostaje otwarty portal do innego wymiaru i na Ziemię przychodzi paskudztwo. Proszę bardzo, o to moje streszczenie gry. Ale tak serio, gra jak na strzelankę jest nawet rozbudowana fabularnie. Jest sporo interakcji z enpecami i dzieje się trochę więcej niż tylko inwazja obcych. Powiedziałabym, że gra jest utrzymana w konwencji survival horroru, ale z pewnymi elementami humorystycznymi i celową sztampą, przez co nie jest aż tak straszna. A dowodem na to jest fakt, że byłam w nią w stanie grać. Czemu jednak żałuję, że nie przeszłam oryginału? Bo Black Mesa nie jest dokończona, po prostu. Wygląda świetnie, gra się fajnie, ale niestety urywa się w najlepszym momencie. Pewnie jeszcze kiedyś wrócę do oryginału, ale mimo wszystko żałuję, że nie zrobiłam tego na odwrót. Najpierw oryginał, potem Black Mesa. Żeby jednak nie było, że gra jest perfekcyjna. W mechanice jedynki jest coś, co absolutnie doprowadzało mnie do szewskiej pasji: skakanie. W większości gier, żeby na coś wskoczyć wystarczy nacisnąć strzałkę do przodu i skok, ale nie tutaj. Ktoś chyba uznał, że to za łatwe i w HL, żeby na coś wskoczyć trzeba nacisnąć przycisk kucania, strzałkę i skok, oczywiście robiąc to z perfekcyjnym  wyczuciem. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak utrudniało to przejście niektórych fragmentów. I tak, wiem, co chodziło twórcom po głowie. W prawdziwym życiu jak chcesz na coś wskoczyć, to musisz ugiąć nogi. Sęk w tym, że to gra, a nie prawdziwe życie i tu sterowanie ma być przede wszystkim funkcjonalne. Koniec. Na całe szczęście w drugiej części zostało to poprawione i skacze się już normalnie.
Przechodząc do drugiej części, ta gra jest już w nieco innym klimacie, a fabuła bardziej rozbudowana. Akcja toczy się dwadzieścia lat po wydarzeniach z pierwszej części i zamiast survival horroru mamy tu dystopię, w której obcy zniewolili ludzkość i jak się zapewne domyślacie, trzeba walczyć z siłami ucisku. Ten klimat trafia do mnie zdecydowanie bardziej i nie ukrywam, że świat w HL2 jest bardzo inspirujący. Nie ma też tylu denerwujących elementów co w pierwszej części, choć mnie osobiście wyjątkowo nie spasowały fragmenty, w których trzeba prowadzić jakiś pojazd, ale ogólnie plus za różnorodność. Praktycznie każdy rozdział gry jest inny, a oprócz strzelanki są też elementy logiczne. Podobnie zresztą jak w pierwszej części, tyle że tutaj nie ma wielkiego kręcącego się czegoś, po którym trzeba skakać ze zrytym sterowaniem. Tak, piję do końcówki Black Mesa, która mocno działała mi na nerwy. Przy czym, żeby nie było, w HL2 również trafia się wkurzający motyw, ale pod koniec epizodu 2, będącego dodatkiem do gry. Ostatnia walka jest wyjątkowo żmudna, denerwująca i monotonna, ale jak się już ją przejdzie, nastaje ogromna satysfakcja.
W tym moim chaotycznym wywodzie niemalże zapomniałabym wspomnieć o G-manie, zwanym też panem z teczuszką, będącym zdecydowanie najlepszą i najbardziej intrygującą postacią z gry. Mam ogromną nadzieję, że jego tożsamość nigdy nie zostanie ujawniona, bo właśnie ten element tajemnicy sprawia, że każdy może snuć własne teorie, a te niedopowiedzenia pozostawiają dużo miejsca na fanowską kreatywność. W gruncie rzeczy cieszę się również, że fabuła nie została zakończona, bo to sprawia, że sami możemy dopowiedzieć sobie resztę.

*** Uwaga! Lokowanie produktu!*** :D

A jeśli jesteście ciekawi, co jeszcze mogło się wydarzyć w tym świecie, czego nie ma w grze, to zapraszam do czytania mojego nowego fika, który jest obecnie w trakcie powstawania.

Link do fanfika znajdziecie tutaj: http://forum.vampirciowo.pl/viewtopic.php?f=6&p=22448#p22384


Haha, i tym sposobem upiekłam dwie krowy na jednej pieczeni. Post na bloga i reklama ficza;) Do następnego!

niedziela, 10 lutego 2019

Top5 mang&anime, które nadawałyby się na wersję aktorską

Na wstępie chciałam wyklarować parę niejasności, które mogą wyniknąć z tej listy. Po pierwsze wcale nie uważam, że film to coś lepszego od anime, bo gdyby tak było, to oglądałabym więcej filmów niż anime, a tak nie jest. Mówię o tym, bo przypomniało mi się, jak kiedyś ktoś mi zarzucił, że faworyzuję film jako formę przekazu, bo lubię rozważać ewentualne wersje aktorskie mang lub anime. Otóż nie. Ja po prostu zawsze tak miałam, że jak czytałam fajne książki, mangi, grałam w gry to lubiłam sobie wyobrażać jakby to wyglądało jako film. Nie wiem czemu, po prostu mój mózg tak ma. I zdaję sobie sprawę, że jest wiele osób, które są strasznie przewrażliwione na punkcie swoich ulubionych animców i jakakolwiek forma adaptacji jest dla nich profanacją. No cóż, każdy ma prawo do własnego zdania. Zdaję sobie sprawę, że większość adaptacji m&a do tej pory nie powalała, ale myślę, że to nie przez to, że m&a się nie nadaje jako materiał do adaptacji, tylko po prostu twórcy filmowi wciąż mają w tym zbyt małą wprawę. Pomyślcie np. o komiksach z superbohaterami. Kiedyś filmy na ich podstawie były w dużej mierze nieudane i raczej nie traktowano tych komiksów jako dobry materiał na filmy dla szerszej publiczności. A co mamy teraz? Wielki renesans filmów z superbohaterami, które są oglądane i cenione przez miliony ludzi na całym świecie. Czy kiedyś tak będzie z adaptacjami anime? Nie wiem, ale uważam, że jak się chce, to się da.
Przepraszam za ten trochę przydługi wstęp, ale jeszcze jedna, mała sprawa do wyjaśnienia zanim zaczniemy. To jest lista anime, które moim zdaniem najbardziej nadają się na to, żeby zrobić z nich udaną adaptację filmową, ale niekoniecznie są to anime, których adaptację najbardziej chciałabym zobaczyć. Co nie zmienia faktu, że moje lubienie poszczególnych serii też na pewno miało wpływ na kształt tej listy.



5. Banana Fish


Akcja tej serii rozgrywa się głównie w Nowym Jorku. Mamy tu młodego Japończyka oraz nastoletniego przywódcę gangu, chłopaka, który jest własnością mafijnego bossa. Obaj młodzieńcy zaprzyjaźniają się, ale niestety razem wplątują się w spore problemy. Pojawia się też motyw narkotyku, używanego w niecnych celach oraz intryga na wysokim szczeblu. Nie brakuje tu scen akcji, a kino sensacyjne cieszy się przecież popularnością od dawna. Są też postacie z różnych grup etnicznych, a to jest, moim zdaniem, na czasie. Dlatego wydaje mi się, że taka adaptacja bardzo sprawdziłaby się jako kooperacja zachodu z Azją. Pewnie zauważyliście, że czasem jest tak, że Amerykanie robią adaptacje mang lub anime, których akcja toczy się w Japonii, zaś Japończycy z jakiegoś powodu wybierają te, w których większość postaci to nie Azjaci. I wtedy rodzi się pytanie: Czemu się po prostu nie zamienią? No to tutaj nie byłoby tego problemu, gdyby połączyć siły. Wszyscy mogliby być usatysfakcjonowani.

4. Rainbow: Nisha Rokubou no Shichinin


Tutaj wkraczamy w bardzo mroczne klimaty, choć i Banana Fish do lekkich nie należało. Tym razem mamy serię, której akcja toczy się w Japonii w latach 50tych i opowiada o nastolatkach, zmuszonych walczyć o przetrwanie w poprawczaku. Fabuła wybiega nieco bardziej w przyszłość, więc poznajemy też ich dalsze losy, ale w dużej mierze wpisuje się to w stylistykę historii więziennej. A filmów i seriali o więzieniu jest całkiem sporo, co ewidentnie pokazuje, że ludzi taka tematyka interesuje. Mało tego, istnieje już film, który jest w bardzo podobnym klimacie do „Rainbow”, czyli „Uśpieni”, więc czemu miałoby to nie wypalić w wersji japońskiej, zwłaszcza, że ten materiał daje fabularnie znacznie większe pole do popisu. Myślę, że wiele osób na całym świecie dałoby się wciągnąć w tę historię, zwłaszcza że mamy tu gamę naprawdę złożonych, interesujących i bardzo różniących się od siebie postaci.

3. Steins;Gate


Nie byłabym sobą, gdyby na liście nie pojawiło się coś z dużą ilością postaci żeńskich. Myślę też, że nie byłabym sobą, gdybym pominęła coś o maszynie czasu i efekcie motyla. W zasadzie w tym anime nie ma zbyt wiele fizycznego podróżowania w czasie, ale jest bardzo ciekawy motyw zmieniania pewnych rzeczy w przeszłości tak, że powstają alternatywne wersje teraźniejszości. Wiem, że wiele osób lubi taką tematykę, a do tego dochodzi jeszcze wątek romantyczny, więc każdy znalazłby coś dla siebie. Motyw zmian w teraźniejszości, by uchronić nas przed mroczną przyszłością, też jest raczej znany i lubiany. Do tego dochodzi jeszcze jedna kwestia. Mam wrażenie, że niektóre adaptacje anime zaliczają klapę, bo z jednej strony są za mało „animcowe” dla hardcorowych fanów, a z drugiej zbyt hermetyczne dla ludzi spoza fandomu. W „Steins;Gate” mamy trochę typowo „animcowych” elementów, ale też fabułę, która mogłaby trafić do szerszej publiczności, dlatego uważam, że ta seria zaadaptowana w odpowiedni sposób mogłaby połączyć te dwa światy.

2. Tiger&Bunny


Powiem szczerze, dziwnym dla mnie jest, że taki film jeszcze nie powstał. Jednak w trakcie tworzenia tej topki dowiedziałam się, że wersja hollywoodzka jest w planach. Mam nadzieję, że dojdzie do skutku. Pożyjemy, zobaczymy.
Jak już wspominałam we wstępie, obecnie mamy istny renesans filmów o superbohaterach i oglądają je nie tylko fani komiksów. Popularność zdobyły też filmy nieco prześmiewcze, jak np. „Deadpool” i prawdę powiedziawszy seria „Tiger&Bunny” też trochę taka jest, bo opowiada o świecie, w którym superbohaterowie to celebryci, a ich praca jest traktowana jako reality show. Nie brakuje też podobieństw z „X-men”, bo supermoce są wytłumaczone czymś w rodzaju mutacji występującej u niektórych ludzi. Zaś sam Tiger w swoim pancerzu przypomina trochę Ironmana.
Naturalnie aby taka adaptacja się udała, twórcy musieliby iść na parę kompromisów, ale w adaptacjach chyba zawsze o to właśnie chodzi. Jeśli wziąć pod uwagę kilka ewentualnych poprawek, to byłby naprawdę idealny materiał na film na miarę naszych czasów.

1. Berserk


Ta manga jest praktycznie stworzona do tego, żeby zrobić na jej podstawie film. Żyjemy w czasach, w których dark fantasy nie jest już chyba nikomu obce. „Gra o tron” czy „Wiedźmin” pokazały wszystkim, że fantastyka nie jest tylko dla dzieci, młodzieży i dziwaków. Że tytuły skierowane do dorosłych też mogą się sprzedać. Że wcale nas tak bardzo nie szokują przepełnione przemocą historie o czarach i demonach. Mało tego, wydaje mi się, że „Berserk” jest właśnie mangą, która doskonale przemówiłaby do osób nieinteresujących się japońskim komiksem, bo bardziej wpisuje się w stylistykę zachodnich opowieści fantasy, rozgrywających się w świecie a'la średniowiecze.
Myślę, że jeden film, to byłoby za mało. Tu aż się prosi o trylogię i jestem przekonana, że gdyby zrobić to porządnie, to każdy taki film odniósłby ogromny sukces. Prawda jest taka, że już od dawna na niego czekam i doczekać się nie mogę. Może zamiast brać to, co najlepiej wychodzi Japończykom i maścić to potem okrutnie, lepiej byłoby sięgnąć po coś, co właśnie idealnie sprawdziłoby się jako film zachodni z wielkim budżetem i rozmachem? Mam nadzieję, że ktoś kiedyś na to wpadnie i że uda się taki projekt zrealizować, choć boję się, że po zbyt wielu niewypałach, studia mogą zacząć być bardziej niechętne do sprzedawania praw autorskich.

Podsumowując, to nie tak, że pewne mangi czy anime koniecznie muszą mieć swoje wersje aktorskie, bo często dobrze radzą sobie same. Ale pamiętajcie o jednym. Film zawsze trafi do szerszego grona odbiorców niż manga czy anime, więc gdyby umiejętnie wybierać materiał na adaptacje filmowe, możliwe, że więcej osób zainteresowałoby się japońską animacją, a wtedy zyskaliby wszyscy.

sobota, 26 stycznia 2019

Mój nowy AMV

Po ponad 10-letniej przerwie przyszła mi taka wena na AMV, że nie mogłam odpuścić, więc cisnęłam, aż wycisnęłam;) Miłego oglądania. Teledysk trochę posępny i dołujący.
anime: Devilman Crybaby
muzyka: Under the Iron Sky (Laibach)


niedziela, 13 stycznia 2019

Ulubione AMV

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze chodziłam na konwenty, uwielbiałam oglądać AMV i sama nawet trochę się bawiłam w ich robienie. Kiedy dyski komputerów nie były jeszcze tak pojemne, miałam w zwyczaju zbieranie tych najlepszych AMV i nagrywanie ich na płyty. W ten sposób nazbierało mi się kilka całkiem dobrych składanek i choć wiele starych teledysków wygląda, jakby były nagrywane pralką, to wciąż łezka w oku się kręci, gdy się je ogląda. Ostatnio odświeżałam sobie te stare składanki i nagle zaświtała mi myśl... A może by stworzyć taką całkowicie nową? Już nie nagrywaną pralką:P W końcu tyle nowych serii się przewinęło w moim życiu przez ostatnie lata. I mówiąc ostatnie lata mam na myśli... no przynajmniej 10. Ale taka jest prawda, tak długo nie robiłam żadnych składanek AMV. Dlatego w ostatnim czasie przeglądałam youtube w poszukiwaniu tych najlepszych teledysków do moich ulubionych anime z czasów, powiedzmy, „nowożytnych”. Uzbierało się ich już całkiem sporo i tak sobie pomyślałam, że wypadałoby się podzielić przynajmniej częścią odkryć. Uznałam że wybiorę po jednym ulubionym AMV na każdą serię. Oczywiście lista jest wciąż otwarta i może się zmienić. Nie będą omawiać każdego teledysku z osobna, bo nawet nie wiedziałabym, co napisać. Po prostu podsumuję wszystkie tak: porządny AMV to taki, który ma świetny montaż, dobrze dobraną muzykę i to coś. Poniższą listę ułożyłam w kolejności alfabetycznej.


Attack on Titan: Believer

B: The Beginning: Grateful

Banana Fish: Blood // Water

Berserk (nowa wersja): Stricken


Castlevania: Monster

Devilman Crybaby: Unstoppable

Hellsing Ultimate: Hellsing Style

Mo Dao Zu Shi: Monster

Rainbow: Paradise Lost

Space Brothers: Hibito's Choice

Steins Gate: One More Try

Tiger&Bunny: Last Goodbye

Violet Evergarden: Hometown Smile

Yuri on Ice: Not Today

PS. Dwa "Monstery" to przypadek. Piosenki są różne.

wtorek, 8 stycznia 2019

Urodziny Meg

Z okazji twoich urodzin, Meg, chciałabym Ci życzyć wszystkiego najlepszego, ale przede wszystkim...

Życzę Ci dobrego życia,
Wielu nagród do zdobycia.
Dzisiaj za najlepszy blog,
A za książkę już za rok.
Żeby było bardzo miło
I pieniądzów Ci przybyło.
Żeby ludzie Cię kochali
I codziennie podziwiali.
Ale ty najlepiej wiesz,
Czego w życiu strasznie chcesz.
Obyś kiedyś to dostała
I nam o tym powiedziała.

I oczywiście, żeby Planeta Kapeluszy rozkwitała;)

niedziela, 6 stycznia 2019

Anime z Netflix

Ponieważ ostatnio miałam wolne oraz dostęp do Netflixa, obejrzałam kilka serii anime na tej platformie i postanowiłam podzielić się przemyśleniami. Kolejność jest taka, w jakiej je oglądałam, więc nie wyróżniam, które najlepsze.


Violet Evergarden



To anime upatrzyłam sobie już znacznie wcześniej, ale chciałam najpierw skończyć inne serie, więc trochę czasu minęło, nim się za nie wreszcie wzięłam. Jakże mile byłam zaskoczona, gdy okazało się, że jest dostępne na Netflixie. Seria opowiada historię młodej dziewczyny, która wychowała się jako żołnierz i nie znała praktycznie nic innego poza wojną. Jest pozbawioną emocji maszyną do zabijania, ale gdy nastaje pokój, próbuje się odnaleźć w nowym świecie, pisząc listy na zlecenie. Bohaterka próbuje za wszelką cenę zgłębić czym są ludzkie uczucia, starając się przelać na papier cudze emocje i poznając historie różnych ludzi. Całość osadzona jest w wyimaginowanej krainie, przypominającej trochę pierwszą połowę XX wieku.
Przyznam szczerze, anime to nie jest do końca w moim klimacie. Mocno skupia się na wątkach obyczajowych, psychologicznych i choć wspomina też o wojnie, nie uświadczycie w nim dużej ilości scen akcji. Urzekło mnie jednak tym, że w sposób mistrzowski pokazuje ewolucję głównej bohaterki od niepojmującej emocji socjopatki, do pełnej złożonych uczuć dziewczyny. Anime to jest prawdziwym wyciskaczem łez i nie zamierzam ukrywać, że płakałam na nim jak małe dziecko. Do tego dobra muzyka i ładna oprawa graficzna pokazują ogromną dbałość o szczegóły. Po prostu widać, że jest to seria dopieszczona, dopracowana pod każdym względem i choć nie brakuje w niej tragicznych wątków, to uważam, że jej ogólny wydźwięk jest pozytywny. Polecam z całego serca.


B: The Beginning



Akcja serii rozgrywa się w czasach współczesnych, ale w fikcyjnym, wyspiarskim kraju. Z początku zanosi się na typowy kryminał: mamy tu seryjnego mordercę, młodą policjantkę i geniusza dedukcji. Okazuje się jednak, że zabójstwa to tylko czubek góry lodowej, a zdecydowanie większą zagadkę stanowią tajemnicze istoty o nadludzkich zdolnościach. Anime wciągnęło mnie niezmiernie tymi wszystkimi zwrotami akcji, dużą ilością pytań, które nachodzą w czasie oglądania, ciekawymi postaciami i atmosferą suspensu. Bardzo spodobało mi się, że w drużynie jest kobieta informatyk, która naprawdę wyróżnia się ze swoimi umiejętnościami. Jeśli chodzi o sam wątek „boskich istot”, jest on na tyle ciekawie przedstawiony, że z jednej strony kojarzy się trochę z fantasy, a z drugiej wiele rzeczy zostaje naukowo wyjaśnionych.
Przyznaję, że nie wszystkie postacie przekonały mnie do siebie, ale są też takie, które bardzo polubiłam, np. Keith i Lily. I może to tylko ja tak mam, ale zabrakło mi tam jakiegoś wątku romantycznego. Tak, wiem, to by było oklepane, ale czasami mi tego brakuje w animcach. Jednak ogólnie rzecz biorąc jest to seria, której drugiego sezonu wyczekuję. Ciekawa jestem, co będzie w nim głównym wątkiem, bo ten z pierwszego wydaje się już zamknięty. Generalnie jeśli lubicie kryminały, w których dzieje się „coś dziwnego”, to jest to anime dla was.


Castlevania



Technicznie rzecz biorąc to nie do końca anime, bo produkcja jest zachodnia, ale stylizowana na anime, więc wrzucę ją do tego samego worka. O wampirach powstało już wiele historii, więc seria może nie wydawać się zbyt odkrywcza, a jednak ma w sobie coś, co przykuło moją uwagę. I od razu mówię, że gier nie znam, więc nie będę oceniać tego jako adaptację.
Fabuła zaczyna się tak, że ludzka żona Drakuli pod jego nieobecność zostaje posądzona o czary i spalona na stosie. To wkurza księcia ciemności, który decyduje się na srogą pomstę, czyli anihilację całej ludzkiej rasy. Pojawia się jednak dzielny pogromca demonów, magiczka oraz syn Drakuli Alukard, którzy wspólnie tworzą drużynę i chcą pokonać zło. Brzmi banalnie, prawda? I od razu mówię, nie lubię tu protagonistów, są nudni i sztampowi. Ale Dracula... O, to inna bajka. Ta oklepana już z pozoru postać w Castlevani jest przedstawiona bardzo ciekawie. Nie jest doszczętnie przesiąknięty złem, nie odczuwa żądzy zabijania ludzi tylko dlatego, że taka jest natura wampira. Jego motywacja jest bardzo przekonująco uzasadniona i autentycznie było mi żal tej postaci. Do tego ma dużo fajniejszą drużynę niż ludzie, więc zamiast kibicować „tym dobrym”, to ja zachwycałam się Drakulą i jego pomagierami.
Ogólnie rzeczy biorąc seria dupy nie urywa, ale też ma w sobie to coś, co sprawia, że chce się ją obejrzeć do końca. Jeśli lubicie historie, w których to czarny charakter jest dużo ciekawszą postacią od protagonisty, to warto spróbować.

Devilman Crybaby



Chyba najdziwniejsza produkcja z wszystkich tu wymienionych. Z początku spodziewałam się nieco głupawej serii, takiej trochę jak „Martwe Zło”. Czyli czegoś krwawego, niecenzuralnego i trochę na śmieszno. I owszem, jest krwawo, jest niecenzuralnie, ale... czy na śmieszno? Przyznam szczerze, drugie dno tej serii mnie zaskoczyło i dało mi mocno po pysku. Początkowe odcinki rzeczywiście mogą stworzyć mylne wrażenie, że chodzi tu głównie o gore i cycki, ale z czasem fabuła robi się coraz bardziej niepokojąco poważna. Ale o czym to w ogóle jest? Bardzo pokrótce, jest to o kolesiu, który staje się jakby nosicielem demona, ale udaje mu się stłamsić jaźń diabła, więc technicznie rzecz biorąc staje się człowiekiem o super mocach. Postanawia używać ich w walce z demonami, nigdy przeciwko ludziom. Tylko czy aby na pewno ludzie to „ci dobrzy”?
Mój główny zarzut do tego anime jest taki, że graficznie wygląda po prostu słabo. Tak jakby budżet stanowiła flaszka wódki i garść grzybów. Niektóre ujęcia są nawet okej, innej wyglądają jak narysowane w paincie. Z drugiej strony, może taki był zamysł artystyczny? Ciężko powiedzieć, bo niby w ten sposób wygląda to bardziej groteskowo. Ale pomijając kwestie wizualne, anime mocno mnie zaskoczyło, bo o ile dobrze zrozumiałam jego przesłanie, to ma bardzo przerażający wydźwięk: ludzie to potwory. Łatwo ich zmanipulować i sprawić by dopuszczali się takiego bestialstwa, że w niczym nie są lepsi od demonów. Dlatego jeśli chcecie stracić wiarę w ludzkość, lub już ją straciliście, to polecam. Nie polecam fanom ciepłych historii ze szczęśliwym zakończeniem.