niedziela, 13 grudnia 2020

Dobre rzeczy - cz. 4 - świąteczne ozdoby

 Najbardziej w świętach lubię dwie rzeczy - szykowanie pyszności oraz dekoracje. Tak, wiem, płytka ze mnie osoba, ale właśnie takie coś daje mi radość. Uważam, że powinno się to robić przynajmniej 4 razy w roku, na każde przesilenie, oczywiście w wersji dostosowanej do sezonu, ale to temat na dłuższy wywód, a nie o tym dziś chciałam napisać, więc skupię się na tych ozdobach, które wszyscy dobrze znamy.

Zawsze lubiłam świecące się rzeczy i dalej tak mam, więc światełka na choinkę to podstawa. Ogólnie jestem dość pedantyczna jeśli chodzi o dekoracje, wszystko musi do siebie pasować stylem i kolorem. Wolę światełka jednolitej barwy oraz proste bańki bez obrazków, co najwyżej jakiś brokat może na nich być. Aczkolwiek mam dwie takie fikuśne, które bardzo lubię, bo dostałam je w prezencie: kotek i statek. Mimo fantazyjności barwy mają dość jednolite, bo srebrno-złote i to mi idealnie pasuje, bo w salonie lubię mieć choinkę w tych kolorach. Do sypialni wstawiam sobie taką w żywszych barwach, ale też z dość skromnymi ozdobami. Najbardziej lubię robić sobie siestę przy zaświeconej choince. To takie super odprężające.

Ogólnie lubię patrzyć co się gdzie świeci, nawet w oknach domów. Spacer ulicą, gdy można podziwiać ładne światełka jest dużo przyjemniejszy niż normalnie, mimo chłodu, którego tak nie lubię. Czasem zastanawiam się, jak to jest obchodzić święta w Australii, gdzie jest wtedy lato. Czy ozdoby tam są bardziej dostosowane do sezonu letniego... ach, no i znowu wchodzę w temat dekoracji na inne przesilenia. Cóż, może napiszę o tym coś więcej w innej części. W każdym razie ja nie potrzebuję białych świąt. Ważne, żeby świeciło się dużo ładnych świateł.

piątek, 27 listopada 2020

Dobre rzeczy - cz. 3 - Minecraft

 Tak się składa, że ostatnio wróciła mi faza na Minecrafta i nie jest to coś niezwykłego, ponieważ dzieje się tak średnio co kilka miesięcy. To jest gra, która się nigdy nie nudzi. To znaczy, może się znudzić tymczasowo, jak na przykład zrealizuję jakiś pomysł i nie mam nowego, ale wystarczy zrobić sobie przerwę i prędzej czy później na pewno pojawi się kolejny. Do tego do MC co jakiś czas wychodzą nowe aktualizacje, więc jak się wraca do gry po dłuższej przerwie, zawsze czuć powiew świeżości.

To co najbardziej lubię w tej grze to fakt, że można samemu decydować, jak chce się w nią grać. Nie ma tak, że coś trzeba, albo że gra każe ci postępować w określony sposób. Istnieje całkowita dowolność i to mi bardzo odpowiada, bo nigdy nie lubiłam, jak mi się coś narzuca. W zależności na co mam ochotę mogę grać na trybie kreatywnym i tylko budować, albo robić sobie survival. Do tego istnieje możliwość wygenerowania określonego typu świata i tu się zaczyna prawdziwa radocha. Wiadomo, po tylu latach grania klasyczna rozgrywka może się znudzić i szuka się wtedy nowych wyzwań. Lubię sobie tworzyć światy, które wyglądają jak obce planety. Grałam już kiedyś na pustynnej planecie, na planecie wyglądającej jak Księżyc, a teraz gram na planecie pokrytej zamarzniętym oceanem. Do tego jak gram na trybie przetrwanie, lubię sobie wymyślać do tego fabułę. Np. że jestem rozbitkiem na obcej planecie, albo że mam misję z Ziemi, żeby założyć kolonię na nowym świecie. Ta gra jest jak klocki lego, działa na wyobraźnię i to jest takie super. Mam tylko żal, że zostały uproszczone ustawienia w tworzeniu nowych światów i nie da się już tak naudziwniać jak kiedyś. Nie rozumiem tego. Ale nie będę narzekać, bo to seria o dobrych rzeczach. A dobre jest to, że wreszcie chce mi się w coś grać. I wiem, że pewnie za jakiś czas znowu mi się znudzi i znowu będę czekać kilka miesięcy, żeby wrócić do MC, ale to nic nie szkodzi. Fajne jest to, że po dłuższej przerwie można odpalić swoje stare projekty i wtedy nawet samo zwiedzanie daje mnóstwo radości.

środa, 18 listopada 2020

Dobre rzeczy - cz. 2 - Społeczność forumowa

 Nie chodzi mi o samo forum, ale o grupę osób, które je tworzą. Ostatnio i tak nic nie czytam, ani nie piszę, więc na ten moment sama twórczość zeszła na drugi plan, ale ludzie pewnie nigdy mi się nie znudzą. Tak naprawdę bez nich to forum nie miałoby żadnego sensu. Dla nich chce mi się je odwiedzać. Wiem, że zawsze mogę na nich liczyć, jeśli chcę o czymś porozmawiać. Czasem może mam wrażenie, że nie udzielam się wystarczająco często, ale nawet jeśli nic nie piszę, to jestem obserwatorem i samo czytanie rozmów innych potrafi poprawić mi humor. Czasem się zdarza, że ktoś kogoś zirytuje, ale to nic, zawsze się jakoś potem dogadujemy.

Może kiedyś uda się jeszcze urządzić jakieś spotkanie forumowe. Nie musi być w moim mieście, jest wiele miejsc w Polsce, które chciałabym jeszcze odwiedzić. A nawet jeśli nie spotkamy się wszyscy osobiście, to nic nie szkodzi, bo wspólna rozmowa na forum też daje dużo satysfakcji. Może to mnie trochę ogranicza, bo jakoś tracę potrzebę udzielania się w internecie gdziekolwiek indziej, ale taka już jestem i na ten moment wystarczy mi ta mała garstka osób, do których mam zaufanie. Mam nadzieję, że pozostaniemy w dobrych stosunkach na długie lata.

środa, 11 listopada 2020

Dobre rzeczy - cz. 1 - kanał Roberta Makłowicza

 Nie jestem odosobniona w twierdzeniu, że przeniesienie się Makłowicza na YouTube, to jedyna dobra rzecz, która się wydarzyła w pandemii. No... pewnie nie jedyna, ale wiecie, o co mi chodzi. Nawet jeśli nie jesteście fanami, to chyba większość z was przyzna, że Robert Makłowicz to klasa sama w sobie. Jego kanał jest mi osłodą od samego początku jego istnienia. Co tydzień w piątek o godzinie 17 pojawia się coś wyczekiwanego, coś na początek weekendu i na pocieszenie w tym trudnym okresie. Nawet jeśli podróże na jakiś czas muszą zostać wstrzymane, mnie to nie przeszkadza, jeśli pan Makłowicz dalej będzie kontynuował swoją serię, chociażby z domu. Może cały odcinek przegadać o czymkolwiek, nie dbam o to, i tak się zawsze dobrze słucha.

Cieszę się, że po raz kolejny widzimy dowód na to, że telewizja tak naprawdę to przeżytek, który nie ma już nic do zaoferowania. Nie potrzeba jej, żeby móc oglądać swoich idoli. Mało tego, uważam, że taki kanał jak ma właśnie Makłowicz jest dużo wartościowszy od tego, co oferowała telewizji, bo nikt nie narzuca mu wizji, nic nie musi być wyreżyserowane, widać tu przede wszystkim pasję i prawdziwość. I oczywiście nietaktem byłoby nie podać linku do tego arcy interesującego kanału: https://www.youtube.com/channel/UCCT_JGIn9I9FS6OTzzqWEew

Pewnie powinnam napisać coś więcej, ale prawdę powiedziawszy, czy jest to potrzebne? Kanał broni się sam. Jeśli chcecie poznać nowe potrawy, nowe miejsca i może samemu nauczyć się coś ugotować, albo po prostu chcecie posłuchać kogoś, kto ładnie opowiada, to jest to miejsce dla was. Kto wie, może kiedyś ja również odwiedzę miejsca, pojawiające się w niektórych odcinkach.

poniedziałek, 9 listopada 2020

Nie mam pomysłu... a może jednak...

 Przyznam szczerze, że ostatni rok był dla mnie twórczym dnem i nie jest to tylko związane z pandemią. Pamiętam czasy, kiedy nawet na wakacjach potrafiłam mieć taką wenę, że zamiast spędzać czas na zewnątrz i integrować się z ludźmi, wolałam siedzieć i pisać. Teraz, jak jest wręcz wskazane, żeby siedzieć w domu, to nie mam weny absolutnie na nic. Co prawda zdarzały mi się małe przebłyski pomysłów na to, co można by wrzucić na bloga, ale za każdym razem, po bardzo krótkim czasie dochodziłam do wniosku, że w sumie to bez sensu, że po co, nie chce mi się, nie mam ochoty się dzielić przemyśleniami itp. I nie ukrywam, że tym razem też przychodziły mi do głowy myśli, żeby sobie darować, ale stwierdziłam, że nie, chcę wreszcie coś napisać na blogu, choćby to miało być mega niekonstruktywne.

Generalnie pomyślałam sobie tak: po co się skupiać na złych myślach? Oczywiście, czasami trudno jest nie mieć doła i chyba ostatnio każdy z nas dość często ma gorsze dni, ale mimo wszystko można chociaż spróbować wyłapać te dobre rzeczy... Tak, w ten sposób chcę nazwać nową serię postów (jeśli wypali) na blogu: dobre rzeczy. Każdy taki post byłby poświęcony jakiejś rzeczy, którą lubię i która mnie pociesza. To może być cokolwiek, ulubiona potrawa, dobre miejsce na podróż, gra, film, jakieś pozytywne wydarzenie. Nie zamierzam narzucać sobie żadnych sztywnych ram, jak często ma się taki post pojawiać. Po prostu za każdym razem, jak przyjdzie mi ochota. Skoro w mojej głowie panuje chaos, to niech ten blog składa się z chaotycznie pojawiających się, chaotycznie napisanych postów, ale o czymś dobrym. Napiszcie mi, co o tym myślicie? I może przy okazji byłby to dobry moment, żeby odświeżyć wygląd bloga.

niedziela, 27 października 2019

Kiszonki i plany kulinarne

Ostatnio wpadłam w fazę kiszonkową. Nie ograniczam się już tylko do ogórków, ale też poszerzyłam swoją "działalność" o inne, smaczne produkty, takie jak dynia, papryka, czosnek czy rzodkiewka. Skąd się to u mnie wzięło? Zauważyłam, że kiszenie najzwyczajniej w świecie mnie uspokaja, poprawia mi humor i ogólnie działa terapeutycznie, a ostatnie dwa miesiące były dla mnie dość stresujące, więc potrzebowałam jakiejś nowej odskoczni. Pisanie to dobra forma ucieczki od doczesności, ale czasem bywa męczące, więc jakieś mniej zobowiązujące hobby również jest wskazane. Generalnie lubię gotować, ale kiszenie jest specyficzne. Zastanawiałam się na czym polega jego magia i chyba już wiem. Paradoksalnie ma to związek z tym, co tak długo zniechęcało mnie do kiszenia: czas. Przy większości kiszonek nie ma dużo roboty, ale trzeba odczekać przynajmniej parę dni, żeby były dobre. W przypadku czosnku jest to nawet kilka tygodni. Natomiast ja zawsze preferowałam jedzenie, które można przygotować szybko. Zdałam sobie jednak sprawę, że to właśnie cały ten proces czekania jest najwspanialszy, bo pozwala doświadczyć czegoś, co we współczesnym świecie prawie zostało utracone: wyczekiwanie na gratyfikację. Tak wiele rzeczy możemy mieć natychmiast, że stajemy się niecierpliwi i wszystko chcemy już od razu. A okazuje się, że ta sztuka czekania jest niezwykle ważna. Każdego dnia patrzę na swoje słoiki i myślę sobie: "Ależ one są piękne. Jak cudownie będzie wreszcie je otworzyć i spróbować ich zawartość." Jutro zamierzam otworzyć paprykę, rzodkiewkę na Halloween, a czosnek pewnie dopiero w okolicach święta niepodległości. Ale nie przeszkadza mi to, że muszę czekać. Niech te cuda sobie spokojnie dojrzewają.


A teraz nieco o planach kulinarnych. Z kiszonek chciałabym jeszcze zrobić kalafiora oraz imbir marynowany w occie ryżowym. Ale myślę, że napiszę też trochę o innych rzeczach, które przydałoby się ugotować, bo ja ciągle zapominam, co chciałabym zrobić. Wiem, mogłabym po prostu zanotować sobie w zeszycie, czy coś, ale jakoś bloga uważam za najlepszą formę przypominania sobie, na co właściwie miałam ochotę.
1) Babka ziemniaczana. Nie robiłam jej całe wieki, a to takie proste i przyjemne danie. Robi się ją podobnie jak placki ziemniaczane, tylko zamiast smażyć na patelni, piecze się masę w piekarniku, przez co danie nie jest tłuste. Polecam każdemu, komu w plackach ziemniaczanych przeszkadza nadmierna ilość tłuszczu, ale lubi ich smak.
2) Leczo. Uwielbiam paprykę, a w tym roku jakoś zadziwiająco rzadko robiłam tę potrawę. Muszę się pospieszyć i zrobić ją, póki papryka jest jeszcze tania. Nie zostało mi zbyt wiele czasu. Może dodam też dynię.
3) Kupiłam suszony bób pod wpływem impulsu i przydałoby się go do czegoś wykorzystać, tylko jeszcze nie wiem do czego. Jestem otwarta na sugestie.
4) Bułki z dodatkiem mąki kokosowej. Robiłam już z mąką dyniową i wyszło super. Jestem ciekawa jak zadziała kokosowa.
5) Tofurnik czyli "sernik" z tofu. Mam już obczajony przepis i absolutnie muszę go przetestować na dniach. Chodzi za mną od dawna.
6) Barszcz. Stwierdziłam, że skoro mam fazę na kiszonki, to grzechem byłoby nie zrobić kiszonego barszczu. Napaliłam się, że w tym roku zrobię własny barszcz na wigilię, ale najpierw wolałabym go przetestować, żeby nie wyszedł źle.
7) Indyjskie pieczywo. Jeszcze nie wiem, które konkretnie, ale mam książkę kucharską z kuchnią indyjską, którą dostałam w tym roku na urodziny i wstyd się przyznać, że na razie niewiele z niej zrobiłam. A jestem fanką kuchni indyjskiej, więc koniecznie muszę coś nowego przetestować.

I założę się, że pewnie o czymś zapomniałam, ale jak sobie przypomnę, to dopiszę do listy;)

poniedziałek, 30 września 2019

Half Life - lepiej późno niż wcale

Witam po długiej przerwie. Moje zaniedbanie bloga upatruję częściowo w fakcie, że wciągnęły mnie gry, więc dzisiaj postanowiłam napisać o grach, które ostatnio mocno mnie pochłaniały. Oba Half Life'y mają już swoje lata, ale mnie jakoś nigdy nie przeszkadzało zabieranie się za starocie po latach. Choć staroć, to może nie jest tu odpowiednie słowo. Zarówno pierwsza jak i druga część gry mocno wyprzedzały swoje czasy i do tej pory dają wiele radości, ale o tym za chwilę.
Choć w pierwszej kolejności przeszłam HL2, najpierw pozwolę sobie powiedzieć parę słów o Black Mesa. Ponieważ jest to odnowiona wersja jedynki, postanowiła odpuścić sobie oryginał i zagrać w lepszy pod względem graficznym odpowiednik. I teraz żałuję, ale zanim wyjaśnię czemu, najpierw parę słów o fabule. Nie będę wdawać się w szczegóły, ale chcę przynajmniej ogólnie nakreślić w jakim klimacie jest to gra. Jeśli oglądaliście "Stranger Things" to wiedzcie, że główny zamysł jest w zasadzie podobny. Zostaje otwarty portal do innego wymiaru i na Ziemię przychodzi paskudztwo. Proszę bardzo, o to moje streszczenie gry. Ale tak serio, gra jak na strzelankę jest nawet rozbudowana fabularnie. Jest sporo interakcji z enpecami i dzieje się trochę więcej niż tylko inwazja obcych. Powiedziałabym, że gra jest utrzymana w konwencji survival horroru, ale z pewnymi elementami humorystycznymi i celową sztampą, przez co nie jest aż tak straszna. A dowodem na to jest fakt, że byłam w nią w stanie grać. Czemu jednak żałuję, że nie przeszłam oryginału? Bo Black Mesa nie jest dokończona, po prostu. Wygląda świetnie, gra się fajnie, ale niestety urywa się w najlepszym momencie. Pewnie jeszcze kiedyś wrócę do oryginału, ale mimo wszystko żałuję, że nie zrobiłam tego na odwrót. Najpierw oryginał, potem Black Mesa. Żeby jednak nie było, że gra jest perfekcyjna. W mechanice jedynki jest coś, co absolutnie doprowadzało mnie do szewskiej pasji: skakanie. W większości gier, żeby na coś wskoczyć wystarczy nacisnąć strzałkę do przodu i skok, ale nie tutaj. Ktoś chyba uznał, że to za łatwe i w HL, żeby na coś wskoczyć trzeba nacisnąć przycisk kucania, strzałkę i skok, oczywiście robiąc to z perfekcyjnym  wyczuciem. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak utrudniało to przejście niektórych fragmentów. I tak, wiem, co chodziło twórcom po głowie. W prawdziwym życiu jak chcesz na coś wskoczyć, to musisz ugiąć nogi. Sęk w tym, że to gra, a nie prawdziwe życie i tu sterowanie ma być przede wszystkim funkcjonalne. Koniec. Na całe szczęście w drugiej części zostało to poprawione i skacze się już normalnie.
Przechodząc do drugiej części, ta gra jest już w nieco innym klimacie, a fabuła bardziej rozbudowana. Akcja toczy się dwadzieścia lat po wydarzeniach z pierwszej części i zamiast survival horroru mamy tu dystopię, w której obcy zniewolili ludzkość i jak się zapewne domyślacie, trzeba walczyć z siłami ucisku. Ten klimat trafia do mnie zdecydowanie bardziej i nie ukrywam, że świat w HL2 jest bardzo inspirujący. Nie ma też tylu denerwujących elementów co w pierwszej części, choć mnie osobiście wyjątkowo nie spasowały fragmenty, w których trzeba prowadzić jakiś pojazd, ale ogólnie plus za różnorodność. Praktycznie każdy rozdział gry jest inny, a oprócz strzelanki są też elementy logiczne. Podobnie zresztą jak w pierwszej części, tyle że tutaj nie ma wielkiego kręcącego się czegoś, po którym trzeba skakać ze zrytym sterowaniem. Tak, piję do końcówki Black Mesa, która mocno działała mi na nerwy. Przy czym, żeby nie było, w HL2 również trafia się wkurzający motyw, ale pod koniec epizodu 2, będącego dodatkiem do gry. Ostatnia walka jest wyjątkowo żmudna, denerwująca i monotonna, ale jak się już ją przejdzie, nastaje ogromna satysfakcja.
W tym moim chaotycznym wywodzie niemalże zapomniałabym wspomnieć o G-manie, zwanym też panem z teczuszką, będącym zdecydowanie najlepszą i najbardziej intrygującą postacią z gry. Mam ogromną nadzieję, że jego tożsamość nigdy nie zostanie ujawniona, bo właśnie ten element tajemnicy sprawia, że każdy może snuć własne teorie, a te niedopowiedzenia pozostawiają dużo miejsca na fanowską kreatywność. W gruncie rzeczy cieszę się również, że fabuła nie została zakończona, bo to sprawia, że sami możemy dopowiedzieć sobie resztę.

*** Uwaga! Lokowanie produktu!*** :D

A jeśli jesteście ciekawi, co jeszcze mogło się wydarzyć w tym świecie, czego nie ma w grze, to zapraszam do czytania mojego nowego fika, który jest obecnie w trakcie powstawania.

Link do fanfika znajdziecie tutaj: http://forum.vampirciowo.pl/viewtopic.php?f=6&p=22448#p22384


Haha, i tym sposobem upiekłam dwie krowy na jednej pieczeni. Post na bloga i reklama ficza;) Do następnego!