Z reguły nie zaczynam dnia od wpisu na blogu, ale dzisiaj jest dziwny dzień i zaraz wyjaśnię czemu. Otóż miałam dzisiaj problem ze spaniem. Nie wiem, czy to przez to, że wczoraj wieczorem wypiłam kawę, czy przez to, że za dużo zjadłam na przyjęciu, ale generalnie przyśniła mi się incepcja. Śniło mi się, że mi się śniło, że mam fajny pomysł na opowiadanie. Obudziłam się we śnie i tak spodobał mi się ten pomysł, że zaczęłam go rozkminiać. Potem obudziłam się na serio i... dalej zaczęłam rozkminiać ten pomysł. I nie mogłam już zasnąć. Czy ten pomysł rzeczywiście jest taki super? Czas pokaże. Z pomysłami w snach często jest tak, że wydają się super tuż po obudzeniu, a im więcej czasu mija, tym bardziej dochodzi się do wniosku, że to jednak debilny pomysł. Dlatego nie nastawiam się, że nagle wróci mi wena, ale też nie chcę całkowicie skreślać tego pomysłu, bo może kiedyś się przyda. Dlatego postanowiłam napisać o tym tutaj, żeby nie zapomnieć.
Kolejną dziwną rzeczą jest to, że dziś mamy setną rocznicę odzyskania niepodległości, a ten pomysł ma związek z ostatnim stuleciem historii Polski. Ale... jest dziwny. Serio, jest tak dziwny, że boję się własnego umysłu:P Ale opowiem tak ogólnie, o co chodzi. Szczegółów nie będę zdradzać tak na wszelki wypadek, gdyby jednak kiedyś zachciało mi się to napisać. Generalnie pomysł jest taki, że ponad stuletni wampir (polski wampir) spotyka babę, która pracuje nad wehikułem czasu i nemezis tego wampira próbuje zdobyć ten wehikuł, żeby zmienić historię. I wiem, że to mało, ale serio na razie więcej wolę nie mówić. Co ciekawe rozkminiłam już całkiem sporo i zastanawiam się, czy sobie szczegółowych notatek nie zrobić. Tak na wszelki wypadek;) Ale może się też okazać, że jutro jak się obudzę, to już wszystko pójdzie w zapomnienie i uznam pomysł za durny i nie wart zachodu. Ale jeśli jest choć cień szansy, że jakaś wena pozostanie, to czemu nie mieć nadziei? No bo czyż tytuł "Wampiry i podróż w czasie" nie był by epicki? Życzę wam wszystkiego dobrego w tym dniu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozważania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozważania. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 listopada 2018
niedziela, 28 października 2018
Marzenia
Mam czas, wychodzić się nie chce, bo pada, więc pomyślałam, że cosik napiszę. Wezmę na tapetę jakże przereklamowany temat. Ach, marzenia, wszyscy je mamy, prawda? No właśnie ja długo myślałam, że się z takowych wyleczyłam. Uznałam, że skoro mam wszystko, co potrzebne, żeby przetrwać i do tego mogę sobie pozwolić na jakieś przyjemności, to po co mi więcej? Ambitna nie jestem. Jednak po wielu przemyśleniach doszłam do wniosku, że jest coś, czego pragnę, ale jest to tak trudne do zdobycia, że wciąż mam wątpliwości, czy w ogóle osiągalne. Chciałabym... zmienić swoją psychikę. Zabrzmiało dziwnie? Cóż, ciężko to wytłumaczyć. Nawet ja sama nie do końca to rozumiem, ale doszłam do wniosku, że wszystkie moje niepowodzenia wynikają ze mnie samej, a nie z otaczającego mnie świata. Oczywiście środowisko, w którym przyszło mi funkcjonować też nie jest idealne, ale mimo wszystko uważam, że mogłabym wiele, gdyby nie blokady, które tworzy mój własny mózg. Dla przykładu mówiłam już o swojej pisarskiej niemocy. Straciłam moc tworzenia historii i nawet czytanie przychodzi mi z trudem. Nie wiem skąd to wynika, ale przestałam mieć jakąkolwiek wenę. Nie mam pomysłów, nie mam kreatywności i w ogóle mam wrażenie, że to nie tylko tyczy się pisania. Chciałabym tą moc odzyskać, nawet nie po to, żeby wydawać książki, bo już mi na tym nie zależy, ale choćby po to, żeby tworzyć do szuflady. Serio, to by wystarczyło, ale nie da rady i koniec. Jeszcze wszystko byłoby ok, gdyby na to miejsce przyszło jakieś inne kreatywne hobby, ja wiem... rysowanie, czy szycie. Ale nie, przestałam umieć tworzyć i koniec. Bo wiecie, to nie są takie rzeczy, do których można się zmusić. tzn. niby można, ale po co? To ma być pasja, nie obowiązek. Mogę sobie kazać: "Od dziś codziennie rysuję jeden obrazek", ale przyjemności nie byłoby w tym żadnej. Ale dobra, nie chcę się rozwodzić o hobby, bo to tylko drobna rzecz. Generalnie z wieloma rzeczami mam tak, że nie mogę się przełamać, boję się czegoś itp. i naprawdę nie chcę się wdawać w szczegóły, ale po prostu, gdyby moja psychika nie była taka głupia, to myślę, że byłoby mi w życiu dużo lepiej i wielu ciekawych rzeczy mogłabym dokonać.
Wiecie, wiele rzeczy w swoim życiu można zmienić. Można zmienić pracę, miejsce zamieszkania, znajomych, ale zmienić własną osobowość to już nie jest taka prosta sprawa. Jeśli to w ogóle możliwe. Dlatego mogłabym rzucać banałami, że moje marzenie, to podróże, lepsza praca itp. ale uważam, że bez zmiany samej siebie, to wszystko jest na nic.
Właśnie przeczytałam to, co napisałam i myślę, że wyszło z tego niezłe pieprzenie, ale to naprawdę coś, z czym mam problem. Niestety nie do końca wiem, jak to wytłumaczyć (wspominałam coś o nieumiejętności pisania). Po prostu czasem sama tworzę sobie tak irracjonalne problemy, że sama nie wiem, skąd to się bierze, czemu stałam się taką osobą. Kiedyś byłam trochę inna. To znaczy, moja osobowość nigdy nie należała do cudownych, ale w ostatnich latach mam wrażenie, że te negatywne cechy się nasiliły. Jeśli je pokonam, to spełni się moje marzenie, bo wtedy inne rzeczy staną się dużo łatwiejsze. Tylko jak to zrobić? Czary mary by się przydało.
Wiecie, wiele rzeczy w swoim życiu można zmienić. Można zmienić pracę, miejsce zamieszkania, znajomych, ale zmienić własną osobowość to już nie jest taka prosta sprawa. Jeśli to w ogóle możliwe. Dlatego mogłabym rzucać banałami, że moje marzenie, to podróże, lepsza praca itp. ale uważam, że bez zmiany samej siebie, to wszystko jest na nic.
Właśnie przeczytałam to, co napisałam i myślę, że wyszło z tego niezłe pieprzenie, ale to naprawdę coś, z czym mam problem. Niestety nie do końca wiem, jak to wytłumaczyć (wspominałam coś o nieumiejętności pisania). Po prostu czasem sama tworzę sobie tak irracjonalne problemy, że sama nie wiem, skąd to się bierze, czemu stałam się taką osobą. Kiedyś byłam trochę inna. To znaczy, moja osobowość nigdy nie należała do cudownych, ale w ostatnich latach mam wrażenie, że te negatywne cechy się nasiliły. Jeśli je pokonam, to spełni się moje marzenie, bo wtedy inne rzeczy staną się dużo łatwiejsze. Tylko jak to zrobić? Czary mary by się przydało.
piątek, 19 października 2018
Wegetariańskie "mięsa"
Postanowiłam reanimować bloga i więcej pisać o przemyśleniach na różne tematy, bo często mam tak, że wielorakie myśli krążą mi po głowie i nie mają ujścia. Czasem są to tematy błahe, czasem poważne i za każdym razem mam jakiś problem z podzieleniem się nimi. Tak jakbym straciła moc pisania, bo w głowie niby mam ułożone, co mam powiedzieć, ale jakoś nie jestem w stanie dokonać transferu myśli. Z drugiej strony to blog, który nie ma aspiracji na bycie jakimś poważnym, opiniotwórczym portalem, więc jak wyjedzie koślawo, to trudno. Czemu by nie spróbować?
Zdecydowałam się zacząć od tematu raczej lekkiego, bez wdawania się w jakieś wielkie kontrowersje. Jesień to chyba moja ulubiona pora roku na gotowanie i ostatnimi czasy z chęcią testuję tzw. wege "mięsa". I postanowiłam wytłumaczyć tu pewne kwestie, które u wielu ludzi wciąż wzbudzają... brakuje mi słowa... powątpiewanie? Zdziwienie? Nie chcę mówić "niezrozumienie", bo to nie jest jakaś trudna, społeczna kwestia, ale po prostu wydaje mi się, że przydałoby się parę słów wyjaśnienia o co chodzi z tym dziwnym wege "mięsem".
Na pewno wielu z was spotkało się z czymś takim jak sojowe kotlety lub parówki (o nazewnictwie powiemy później). Nawet jeśli nigdy tego nie jedliście, to pewnie chociaż obiło się wam o uszy. Oczywiście, to, czy to rzeczywiście smakuje jak mięso, to inna kwestia, ale zaobserwowałam, że pojawia się takie zaskoczenie na zasadzie: "no ale skoro nie chcesz jeść mięsa, to po co próbujesz je czymś imitować?" I od razu mówię, że ja się o to nie obrażam, bo to bardzo dobre pytanie. Sama je sobie kiedyś zadawałam i myślę, że wreszcie mogę udzielić spójnej odpowiedzi. Generalnie był taki okres, kiedy mocno stroniłam od produktów tego typu. Nigdy nie miałam problemu z tęsknotą za mięsem, więc wcale mi nie zależało na jedzeniu czegoś, co je przypomina. Ale pamiętam, że kiedy powstała nowa, dobrze oceniana wege restauracja w Krakowie, przeszłam się do niej i zaskoczyło mnie, że wiele dań w karcie miało w składzie "mięso". Na początku mnie to trochę wkurzyło, bo pomyślałam sobie: "no cholera, nie po to idę do knajpy wege, żeby mi dawali coś, co ma być jak mięcho". Spytaliśmy się z czego owe mięcho jest zrobione i pani powiedziała, że z seitanu (wysokobiałkowy produkt otrzymywany z glutenu pszennego). A ponieważ jestem osobą, która lubi próbować nowe rzeczy, stwierdziłam, że co mi tam, zamówię. I danie było przepyszne:) Oczywiście nie każdego taki produkt musi przekonać. Jednemu będzie smakować, drugiemu nie. Ja lubię dużo przypraw i mocne smaki, a to właśnie smakowało głównie przyprawami. Czy to znaczy, że zaczęłam tęsknić za mięsem? Nie, bo nie uważam, żeby to rzeczywiście smakowało jak mięso. Zresztą nie jest to coś, co jadam na co dzień, ale po prostu fajnie jest czasem spróbować czegoś innego. Żeby było weselej ostatnio dostałam od przyjaciół całą paczkę wege "mięs", które też są zbożowe i mocno doprawione, więc mi to podeszło i sama od czasu do czasu sobie zamawiam, żeby trochę poeksperymentować w kuchni z czymś nowym.
No dobrze, ale co z innymi ludźmi? Czy oni też chcą tylko poeksperymentować w kuchni? Cóż, trzeba by o to zapytać ich samych, ale myślę, że warto nadmienić tu o pewnej ważnej rzeczy. Ludzie przechodzą na wegetarianizm z różnych powodów. Niektórzy po prostu mają taki kaprys i chcą być trendy, niektórzy z powodów zdrowotnych, a inni z religijnych lub moralnych. I ta ostatnia grupa wydaje mi się całkiem liczna, a to nie muszą być osoby, które nie lubią mięsa. Mogą tęsknić za swoimi ulubionym potrawami, ale najzwyczajniej w świecie źle czują się psychicznie, jeśli je spożywają, więc w takim przypadku wcale się im nie dziwię, że szukają substytutów. Dla niektórych z nas, to może wydawać się dziwne, wręcz irracjonalne, ale pamiętajmy, że nie jesteśmy tacy sami i nie możemy wszystkich mierzyć swoją miarą.
Ja osobiście często traktuję dania mięsne jako inspirację, choć wcale nie mam ochoty na oryginał. Przykładowo, nie cierpię prawdziwych flaczków, ale kiedyś zobaczyłam przepis na wersję wege, przeczytałam składniki, wyobraziłam sobie efekt końcowy i pomyślałam: "Hmmm, to może być bardzo dobre". Przetestowałam więc danie i teraz to jedna z moich ulubionych zup:) Innym razem spróbowałam smalcu wege i choć nigdy nie jadłam oryginału, pomyślałam: "dobre to, teraz będę robić sama". I robię, choć nawet nie wiem, czy smakuje podobnie jak oryginał i w sumie nie jest to dla mnie istotne. Ale tutaj rodzi się kolejne, często zadawane pytanie: "No na cholerę nazywać to flaczkami i smalcem jak to nie ma z nimi nic wspólnego!" W sumie racja, nie ma, może poza inspiracją, ale każdy może sobie nazywać rzeczy jak chce, więc korzystam z tego nazewnictwa, które się przyjęło. Wiem, że ludzie kłócą się czasem o to, czy sojowe kotlety, parówki i inne takie rzeczy powinny się tak nazywać, skoro nie mają z mięsem nic wspólnego. Ale wiecie co? Ja mam to gdzieś, serio. Co za różnica jak to się nazywa, skoro dalej pozostaje tym samym? Wszechświat jest wielki i tajemniczy, więc po co zawracać sobie głowę takimi pierdołami? Nie miałam bólu dupy, gdy Pluton przestał być nazywany planetą, bo dla mnie równie dobrze mógłby zostać nazwany "klumklumklum", a wszechświat pozostałby niezmieniony. I tak samo nie będę mieć bólu dupy, jeśli następnym razem, jak pójdę do sklepu, kotlety sojowe będą mieć na opakowaniu napisane "sojowa śluma". To tylko słowa, zlepek dźwięków. Pamiętajmy jednak, że produkt jakoś trzeba sprzedać, więc jego nazwa powinna coś człowiekowi mówić. Chociaż... kto wie, może "sojowa śluma" sprzedawałaby się lepiej. Dobra, dla mnie to od tej pory sojowa śluma, mam nadzieję, że artykuł dobrze się czytało. Do następnego razu, cześć:)
Zdecydowałam się zacząć od tematu raczej lekkiego, bez wdawania się w jakieś wielkie kontrowersje. Jesień to chyba moja ulubiona pora roku na gotowanie i ostatnimi czasy z chęcią testuję tzw. wege "mięsa". I postanowiłam wytłumaczyć tu pewne kwestie, które u wielu ludzi wciąż wzbudzają... brakuje mi słowa... powątpiewanie? Zdziwienie? Nie chcę mówić "niezrozumienie", bo to nie jest jakaś trudna, społeczna kwestia, ale po prostu wydaje mi się, że przydałoby się parę słów wyjaśnienia o co chodzi z tym dziwnym wege "mięsem".
Na pewno wielu z was spotkało się z czymś takim jak sojowe kotlety lub parówki (o nazewnictwie powiemy później). Nawet jeśli nigdy tego nie jedliście, to pewnie chociaż obiło się wam o uszy. Oczywiście, to, czy to rzeczywiście smakuje jak mięso, to inna kwestia, ale zaobserwowałam, że pojawia się takie zaskoczenie na zasadzie: "no ale skoro nie chcesz jeść mięsa, to po co próbujesz je czymś imitować?" I od razu mówię, że ja się o to nie obrażam, bo to bardzo dobre pytanie. Sama je sobie kiedyś zadawałam i myślę, że wreszcie mogę udzielić spójnej odpowiedzi. Generalnie był taki okres, kiedy mocno stroniłam od produktów tego typu. Nigdy nie miałam problemu z tęsknotą za mięsem, więc wcale mi nie zależało na jedzeniu czegoś, co je przypomina. Ale pamiętam, że kiedy powstała nowa, dobrze oceniana wege restauracja w Krakowie, przeszłam się do niej i zaskoczyło mnie, że wiele dań w karcie miało w składzie "mięso". Na początku mnie to trochę wkurzyło, bo pomyślałam sobie: "no cholera, nie po to idę do knajpy wege, żeby mi dawali coś, co ma być jak mięcho". Spytaliśmy się z czego owe mięcho jest zrobione i pani powiedziała, że z seitanu (wysokobiałkowy produkt otrzymywany z glutenu pszennego). A ponieważ jestem osobą, która lubi próbować nowe rzeczy, stwierdziłam, że co mi tam, zamówię. I danie było przepyszne:) Oczywiście nie każdego taki produkt musi przekonać. Jednemu będzie smakować, drugiemu nie. Ja lubię dużo przypraw i mocne smaki, a to właśnie smakowało głównie przyprawami. Czy to znaczy, że zaczęłam tęsknić za mięsem? Nie, bo nie uważam, żeby to rzeczywiście smakowało jak mięso. Zresztą nie jest to coś, co jadam na co dzień, ale po prostu fajnie jest czasem spróbować czegoś innego. Żeby było weselej ostatnio dostałam od przyjaciół całą paczkę wege "mięs", które też są zbożowe i mocno doprawione, więc mi to podeszło i sama od czasu do czasu sobie zamawiam, żeby trochę poeksperymentować w kuchni z czymś nowym.
No dobrze, ale co z innymi ludźmi? Czy oni też chcą tylko poeksperymentować w kuchni? Cóż, trzeba by o to zapytać ich samych, ale myślę, że warto nadmienić tu o pewnej ważnej rzeczy. Ludzie przechodzą na wegetarianizm z różnych powodów. Niektórzy po prostu mają taki kaprys i chcą być trendy, niektórzy z powodów zdrowotnych, a inni z religijnych lub moralnych. I ta ostatnia grupa wydaje mi się całkiem liczna, a to nie muszą być osoby, które nie lubią mięsa. Mogą tęsknić za swoimi ulubionym potrawami, ale najzwyczajniej w świecie źle czują się psychicznie, jeśli je spożywają, więc w takim przypadku wcale się im nie dziwię, że szukają substytutów. Dla niektórych z nas, to może wydawać się dziwne, wręcz irracjonalne, ale pamiętajmy, że nie jesteśmy tacy sami i nie możemy wszystkich mierzyć swoją miarą.
Ja osobiście często traktuję dania mięsne jako inspirację, choć wcale nie mam ochoty na oryginał. Przykładowo, nie cierpię prawdziwych flaczków, ale kiedyś zobaczyłam przepis na wersję wege, przeczytałam składniki, wyobraziłam sobie efekt końcowy i pomyślałam: "Hmmm, to może być bardzo dobre". Przetestowałam więc danie i teraz to jedna z moich ulubionych zup:) Innym razem spróbowałam smalcu wege i choć nigdy nie jadłam oryginału, pomyślałam: "dobre to, teraz będę robić sama". I robię, choć nawet nie wiem, czy smakuje podobnie jak oryginał i w sumie nie jest to dla mnie istotne. Ale tutaj rodzi się kolejne, często zadawane pytanie: "No na cholerę nazywać to flaczkami i smalcem jak to nie ma z nimi nic wspólnego!" W sumie racja, nie ma, może poza inspiracją, ale każdy może sobie nazywać rzeczy jak chce, więc korzystam z tego nazewnictwa, które się przyjęło. Wiem, że ludzie kłócą się czasem o to, czy sojowe kotlety, parówki i inne takie rzeczy powinny się tak nazywać, skoro nie mają z mięsem nic wspólnego. Ale wiecie co? Ja mam to gdzieś, serio. Co za różnica jak to się nazywa, skoro dalej pozostaje tym samym? Wszechświat jest wielki i tajemniczy, więc po co zawracać sobie głowę takimi pierdołami? Nie miałam bólu dupy, gdy Pluton przestał być nazywany planetą, bo dla mnie równie dobrze mógłby zostać nazwany "klumklumklum", a wszechświat pozostałby niezmieniony. I tak samo nie będę mieć bólu dupy, jeśli następnym razem, jak pójdę do sklepu, kotlety sojowe będą mieć na opakowaniu napisane "sojowa śluma". To tylko słowa, zlepek dźwięków. Pamiętajmy jednak, że produkt jakoś trzeba sprzedać, więc jego nazwa powinna coś człowiekowi mówić. Chociaż... kto wie, może "sojowa śluma" sprzedawałaby się lepiej. Dobra, dla mnie to od tej pory sojowa śluma, mam nadzieję, że artykuł dobrze się czytało. Do następnego razu, cześć:)
niedziela, 31 grudnia 2017
Co sądzę o Uchuu Kyoudai
Szczerze powiem, już myślałam, że nie wyrobię się z tym postem przed końcem roku. Planowałam go od tygodnia i co chwilę przekładałam. Ale teraz nagle dostałam jakiś impuls i stwierdziłam, że napiszę małą notkę. Pamiętacie może, że "Uchuu Kyoudai" pojawiło się na początku mojej listy anime, które chciałabym obejrzeć, ale mam opory. Tak się składa, że w tym przypadku udało mi się te opory przełamać, bo obejrzałam całą serię, a liczy ona sobie aż 99 odcinków. Czuję się wręcz zobowiązana, że powinnam o niej parę słów powiedzieć.
Co mi się podobało? Przede wszystkim oryginalność. Serio, nie przypominam sobie niczego o podobnej fabule. Z reguły historie o astronautach skupiają się na samych misjach kosmicznych, a tutaj mamy bardziej opowieść o tym, jak wygląda cała droga do zostania astronautą. Owszem, pojawia się też wątek kolonizacji Księżyca, ale mimo wszystko większość fabuły dzieje się na Ziemi. Powiedziałabym, że to taka trochę mieszanka obyczajówki z s-f. Mimo, że akcja ma miejsce w niedalekiej przyszłości, to jednak seria jest dość realistyczna. Podoba mi się też, że wszystkie postacie są super dokładnie dopracowane (czasami aż jest to wada, ale o tym później).
A co mi się nie podobało? Przeciąganie. Anime mogłoby spokojnie być o 1/3 krótsze i nie stracić nic na fabule. Tak jak wcześniej mówiłam, że dopracowanie postaci jest plusem, to jednak czasami drażniło mnie, gdy odcinki skupiały się na postaciach, które nie są zbyt istotne i tylko spowalniało to fabułę. Serio, jaki jest sens, dodawanie nowych postaci kilka odcinków przed końcem i jeszcze walenie o nich retrospekcji? Nie wiem, może twórcy planowali ciąg dalszy. W sumie mocno otwarte zakończenie mogłoby na to wskazywać. Szkoda tylko, że nie pominęli tych różnych zbędnych zapychaczy i nie pociągnęli fabuły nieco dalej. Ja ewidentnie czułam niedosyt i brak konkluzji do wątków, które najbardziej mnie interesowały.
Reasumując, anime bardzo dobre, ale nie genialne. Polecam głównie osobom, które nie są do końca przekonane do japońskiej animacji, ale chciałyby coś obczaić z ciekawości. Jest mało animcowe. Cóż post krótki, ale musiałam się streszczać. Może zrobię upgrade, jak nie będę musiała pisać z zegarkiem w ręku. Wiem, mogłam poczekać do jutra, ale bałam się, że jak nie napiszę tego teraz, to już nigdy tego nie zrobię. W każdym razie pozdrawiam;)
Co mi się podobało? Przede wszystkim oryginalność. Serio, nie przypominam sobie niczego o podobnej fabule. Z reguły historie o astronautach skupiają się na samych misjach kosmicznych, a tutaj mamy bardziej opowieść o tym, jak wygląda cała droga do zostania astronautą. Owszem, pojawia się też wątek kolonizacji Księżyca, ale mimo wszystko większość fabuły dzieje się na Ziemi. Powiedziałabym, że to taka trochę mieszanka obyczajówki z s-f. Mimo, że akcja ma miejsce w niedalekiej przyszłości, to jednak seria jest dość realistyczna. Podoba mi się też, że wszystkie postacie są super dokładnie dopracowane (czasami aż jest to wada, ale o tym później).
A co mi się nie podobało? Przeciąganie. Anime mogłoby spokojnie być o 1/3 krótsze i nie stracić nic na fabule. Tak jak wcześniej mówiłam, że dopracowanie postaci jest plusem, to jednak czasami drażniło mnie, gdy odcinki skupiały się na postaciach, które nie są zbyt istotne i tylko spowalniało to fabułę. Serio, jaki jest sens, dodawanie nowych postaci kilka odcinków przed końcem i jeszcze walenie o nich retrospekcji? Nie wiem, może twórcy planowali ciąg dalszy. W sumie mocno otwarte zakończenie mogłoby na to wskazywać. Szkoda tylko, że nie pominęli tych różnych zbędnych zapychaczy i nie pociągnęli fabuły nieco dalej. Ja ewidentnie czułam niedosyt i brak konkluzji do wątków, które najbardziej mnie interesowały.
Reasumując, anime bardzo dobre, ale nie genialne. Polecam głównie osobom, które nie są do końca przekonane do japońskiej animacji, ale chciałyby coś obczaić z ciekawości. Jest mało animcowe. Cóż post krótki, ale musiałam się streszczać. Może zrobię upgrade, jak nie będę musiała pisać z zegarkiem w ręku. Wiem, mogłam poczekać do jutra, ale bałam się, że jak nie napiszę tego teraz, to już nigdy tego nie zrobię. W każdym razie pozdrawiam;)
sobota, 24 czerwca 2017
Czemu nic się nie dzieje
No właśnie, czemu nic tu nie piszę, skoro niedawno twierdziłam, że wena wraca. Generalnie wena wraca i odchodzi, a ja doszłam do wniosku, że przestanę się nią przejmować. Będzie mi się chciało popisać, to zrobię to, jak nie... to trudno. Przynajmniej jeśli chodzi o opka i inne takie. Ale jeśli chodzi o posty na blogu, to czasami mam tak, że z jednej strony chciałabym o czymś napisać, a z drugiej strony dochodzę do wniosku, że lepiej nie / nie chce mi się / nie ma po co / itp. Za równo jeśli chodzi o poważne tematy, jak i te trywialne. Doszłam jednak do wniosku, że jeśli już pisać, to chyba wolę trzymać się z daleka od poważnych przemyśleń, bo jakoś nie mam ochoty na zażarte dysputy o życiu. Dlatego powracam do zagadnień trywialnych, a tym zagadnieniem na dziś jest: gdzie na pizzę w Krakowie? Dawno nie jadłam pizzy na mieście. Fajnie zrobić swoją własną, ale nie zawsze się chce:P I generalnie jestem zdania, że ciężko w Krakowie dostać dobrą pizzę. A to naprawdę nie jest trudne danie. Tylko trzeba mieć dobre składniki i umieć wypiekać ciasto, a okazuje się, że to przerasta większość lokali:(
środa, 8 marca 2017
Za dużo informacji
Mimo że piszę tego posta w dzień kobiet, to tak naprawdę tematyka nie do końca się z nim wiąże. Choć dzisiejszy dzień zmobilizował mnie do napisania czegoś, z czym nosiłam się już od dłuższego czasu. Do tego tak się składa, że wczoraj prowadziłam lekcję o nadmiarze informacji oraz stresie, co dało mi do myślenia. Każdego dnia jesteśmy zalewani informacjami ze wszystkich stron, często tymi zbędnymi i nie zdziwiłabym się, gdyby to było przyczyną mojego braku kreatywności. Ale zmierzając do sedna, cieszę się, że onet zaczął wprowadzać coraz więcej reklam, blokujących artykuły, bo ja rezygnować z adblocka nie zamierzam i dzięki temu może wreszcie ucieknę z tego portalu. Bo czytanie tych artykułów i komentarzy to trochę jak papierosy. Wiem, że nie zdrowe, chciałabym rzucić, ale uzależnienie zbyt silne.
Oczywiście dzisiaj, jak zwykle przy śniadanku, weszłam sobie na onet i dowiedziałam się z komentarzy, że tylko szmaty, brzydkie feministki i generalnie głupie pizdy walczą o swoje prawa, bo w Polsce kobiety mają zajebiście i nie powinny narzekać. Ale wiecie co, nie będę się wgłębiać w ten temat, bo chciałam nie przytłaczać tego bloga ideologią, więc zrobię taki szybki ranking rzeczy, które mnie denerwują w komentarzach na onecie.
1) Zawsze przeciw
Nie ważne o czym jest artykuł, ale trzeba być przeciw. Dzięki temu dochodzi czasem do sytuacji kuriozalnych, bo przeskakując między dwoma różnymi artykułami okazuje się, że onetowcy cierpią na rozdwojenie jaźni. To co plusują pod jednym artykułem, minusują pod innym. Ważne żeby nie zgadzać się z autorem artykułu, albo tym, o czym jest artykuł.
2) Narcyzm
Autorzy komci są kryształowo czyści i szlachetni. Nie raz uraczą was historią swojego życia, by pokazać jak oni znakomicie postępują i jak są lepsi od innych.
3) Eksperci
Każdy jest ekspertem od wszystkiego. Każdy zrobiłby wszystko lepiej i wie wszystko lepiej, nawet od osób, które pracują w danym zawodzie czy mają wykształcenie w swojej dziedzinie. Same Chucki Norrisy.
4) Taka, wam POwiem, PiSownia
Tego chyba nie muszę komentować.
5) Błędy
Niektóre wypowiedzi ciężko rozszyfrować. Wyglądają tak, jakby zostały napisane w innym języku. Ale ważne, że ałtor przekazał swoje mondrości.
I to tak ogólnie. Grzechy te dotyczą nie tylko tych osób, z którymi się nie zgadzam, ale także tych, które mają opinie zbliżone do moich. Dlatego mam nadzieje, że w końcu uda mi się rzucić;)
A ja pozdrawiam wszystkie kobiety, krótkim stwierdzeniem: nie dajcie się.
Oczywiście dzisiaj, jak zwykle przy śniadanku, weszłam sobie na onet i dowiedziałam się z komentarzy, że tylko szmaty, brzydkie feministki i generalnie głupie pizdy walczą o swoje prawa, bo w Polsce kobiety mają zajebiście i nie powinny narzekać. Ale wiecie co, nie będę się wgłębiać w ten temat, bo chciałam nie przytłaczać tego bloga ideologią, więc zrobię taki szybki ranking rzeczy, które mnie denerwują w komentarzach na onecie.
1) Zawsze przeciw
Nie ważne o czym jest artykuł, ale trzeba być przeciw. Dzięki temu dochodzi czasem do sytuacji kuriozalnych, bo przeskakując między dwoma różnymi artykułami okazuje się, że onetowcy cierpią na rozdwojenie jaźni. To co plusują pod jednym artykułem, minusują pod innym. Ważne żeby nie zgadzać się z autorem artykułu, albo tym, o czym jest artykuł.
2) Narcyzm
Autorzy komci są kryształowo czyści i szlachetni. Nie raz uraczą was historią swojego życia, by pokazać jak oni znakomicie postępują i jak są lepsi od innych.
3) Eksperci
Każdy jest ekspertem od wszystkiego. Każdy zrobiłby wszystko lepiej i wie wszystko lepiej, nawet od osób, które pracują w danym zawodzie czy mają wykształcenie w swojej dziedzinie. Same Chucki Norrisy.
4) Taka, wam POwiem, PiSownia
Tego chyba nie muszę komentować.
5) Błędy
Niektóre wypowiedzi ciężko rozszyfrować. Wyglądają tak, jakby zostały napisane w innym języku. Ale ważne, że ałtor przekazał swoje mondrości.
I to tak ogólnie. Grzechy te dotyczą nie tylko tych osób, z którymi się nie zgadzam, ale także tych, które mają opinie zbliżone do moich. Dlatego mam nadzieje, że w końcu uda mi się rzucić;)
A ja pozdrawiam wszystkie kobiety, krótkim stwierdzeniem: nie dajcie się.
niedziela, 4 grudnia 2016
Religijna niereligijność
Tym razem już notka na poważnie. Tak się ostatnio zastanawiałam, czy można wyznawać zasady wynikające z jakiejś religii jednocześnie nie wyznając tej religii? Często jak rozmawiam z ludźmi, którzy są wierzący, gdy słyszę od nich rzeczy w stylu "wieszać tych, bić tamtych, zajebać owamtych" mam ochotę powiedzieć: "Ale wiesz, to nie po chrześcijańsku, Jezus tak nie nauczał". I często się powstrzymuję, bo zastanawiam się wtedy, czy taka osoba w ogóle weźmie mnie na poważnie. Sęk w tym, że ja na serio uważam chrześcijańskie wartości za coś niezwykle ważnego i wspaniałego. Uważam, że osoba Jezusa Chrystusa jest warta podziwu i może inspirować do bycia lepszym człowiekiem. I w zasadzie tyle mi wystarczy. Nie widzę sensu w chodzeniu do kościoła i robieniu wszystkiego, co powie mi ksiądz, bo mogę być dobrym człowiekiem bez tego.
Często się słyszy, że Polska powinna być budowana na zasadach chrześcijańskich i zawsze wtedy sobie zadaję pytanie, co tak naprawdę ludzie mają na myśli, mówiąc "zasady chrześcijańskie"? Czy mają na myśli:
a) szanowanie każdego człowieka i przykazanie miłości?
czy
b) zmuszanie wszystkich do bycia katolikami, chodzenia do kościoła i trzymania się ścisłych reguł wymyślonych przez księży, które w żaden sposób nie czynią nas lepszymi ludźmi?
Bo jeśli to pierwsze, to spoko, wchodzę w to. Możemy mieć taką Polskę. Byłoby miło spotykać na każdym kroku życzliwych, uśmiechniętych ludzi. Ale obawiam się, że raczej chodziło o to drugie i w takim wypadku należy wyrazić mocny sprzeciw, bo tu wchodzimy już w niebezpieczną przestrzeń państwa wyznaniowego. Oczywiście wiem, że to pierwsze jest utopią i nigdy nie nastąpi, ale skoro już chcemy mienić się chrześcijanami, to przynajmniej zrozummy, co to oznacza. Ja nie wyznaję żadnej religii, a jednak zasady chrześcijańskie są bliskie mojemu sercu i myślę, że da się jedno pogodzić z drugim. Tylko pytanie, czy inni to zrozumieją?
Często się słyszy, że Polska powinna być budowana na zasadach chrześcijańskich i zawsze wtedy sobie zadaję pytanie, co tak naprawdę ludzie mają na myśli, mówiąc "zasady chrześcijańskie"? Czy mają na myśli:
a) szanowanie każdego człowieka i przykazanie miłości?
czy
b) zmuszanie wszystkich do bycia katolikami, chodzenia do kościoła i trzymania się ścisłych reguł wymyślonych przez księży, które w żaden sposób nie czynią nas lepszymi ludźmi?
Bo jeśli to pierwsze, to spoko, wchodzę w to. Możemy mieć taką Polskę. Byłoby miło spotykać na każdym kroku życzliwych, uśmiechniętych ludzi. Ale obawiam się, że raczej chodziło o to drugie i w takim wypadku należy wyrazić mocny sprzeciw, bo tu wchodzimy już w niebezpieczną przestrzeń państwa wyznaniowego. Oczywiście wiem, że to pierwsze jest utopią i nigdy nie nastąpi, ale skoro już chcemy mienić się chrześcijanami, to przynajmniej zrozummy, co to oznacza. Ja nie wyznaję żadnej religii, a jednak zasady chrześcijańskie są bliskie mojemu sercu i myślę, że da się jedno pogodzić z drugim. Tylko pytanie, czy inni to zrozumieją?
środa, 23 listopada 2016
Zostawić w spokoju gimnazja!
Notka pisana pod wpływem chwili... za pewne nie ostatnia. Jak zwykle przy śniadanku czytałam sobie onet i po raz kolejny wypłynął temat zmian, które nas czekają w systemie edukacji. Tak się składa, że pracowałam w różnych szkołach, w tym w gimnazjach i chcąc nie chcąc temat dotyczy mnie dość mocno. Od razu pragnę zaznaczyć, że obecnie nie pracuję w gimnazjum, więc nie próbuję chronić swojego stołka, ani też nie pochodzę z pokolenia uczęszczającego do gimnazjów, więc wychowałam się w systemie podstawówka+liceum. Uważam, że to był dobry system i swego czasu nie byłam entuzjastką wprowadzania gimnazjów, ale mimo to uważam, że skoro już są, należy je zostawić. Czemu? Powodów jest wiele. Wyobraźcie sobie, że macie nowy samochód, w którym coś się zepsuło. Co zrobicie? Wyrzucicie go na złom i kupicie nowy, czy oddacie go do naprawy? Polska bogata nie jest. Lepiej zburzyć to, co zbudowaliśmy i robić wszystko od nowa, czy starać się naprawiać to, co już funkcjonuje?
Oczywiście wiele osób mówi, że to przez gimnazja młodzież jest zła. Cóż, po pierwsze młodzież nie jest zła. Młodzież po prostu jest młodzieżą, robiła głupie rzeczy, robi głupie rzeczy i będzie robić głupie rzeczy. To nie nazwa szkoły ją wychowuje tylko rodzice i w pewnej mierze też nauczyciele. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że czynniki zewnętrzne również mają wpływ na ukształtowanie młodego człowieka, ale chodzi mi o to, że bez względu czy ich klasa będzie się nazywać 7 podstawówki czy 1 gimnazjum to będą dokładnie te same dzieci.
Po drugie wiele osób narzeka na system nauczania sam w sobie. No i tu się muszę po części zgodzić, wiele rzeczy jest do zmian i do dopracowania, ale co ma do tego likwidowanie gimnazjów? Wystarczy wprowadzać poprawki do programu nauczania, bez likwidacji jakichkolwiek szkół. Powoli, stopniowo, nie nagle, bo rewolucja szkole nie służy.
I po trzecie, czy gimnazja są rzeczywiście takie złe? Nie są. Większość dzieci jest normalna, bez względu na to, czy to podstawówka, gimnazjum czy liceum. Owszem, trafiają się skrajne przypadki. Ale właśnie tym one są: przypadkami, nie normą. Zdarzają się ciężkie klasy, zdarzają się słabe szkoły, sęk w tym, że może to być równie dobrze liceum, jak i podstawówka.
Praca nauczyciela nie jest lekka, wychowanie młodzieży to trudny proces. Tak było zawsze, a nasze problemy wzięły się nie przez współczesność, nie przez "dzisiejszą młodzież" nie przez gimnazja. Nasz system edukacji ma wiele wad i zmiany są potrzebne, ale przemyślane, racjonalne, logiczne, stopniowe. I coraz częściej odnoszę wrażenie, że to nie tak, że ludzie są głupi. Ludzie po prostu nie chcą myśleć. Dają się kupić populistycznymi hasłami, bez cienia refleksji, bez jakiegokolwiek wysiłku, by zadawać pytania, kwestionować, zgłębiać temat. Rozum jest najwspanialszą rzeczą, jaką dysponuje nasza rasa. Używajmy go. Nie pozwólmy, by to wszystko, co zbudowaliśmy, zostało zniszczone przez lenistwo i ignorancję.
Oczywiście wiele osób mówi, że to przez gimnazja młodzież jest zła. Cóż, po pierwsze młodzież nie jest zła. Młodzież po prostu jest młodzieżą, robiła głupie rzeczy, robi głupie rzeczy i będzie robić głupie rzeczy. To nie nazwa szkoły ją wychowuje tylko rodzice i w pewnej mierze też nauczyciele. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że czynniki zewnętrzne również mają wpływ na ukształtowanie młodego człowieka, ale chodzi mi o to, że bez względu czy ich klasa będzie się nazywać 7 podstawówki czy 1 gimnazjum to będą dokładnie te same dzieci.
Po drugie wiele osób narzeka na system nauczania sam w sobie. No i tu się muszę po części zgodzić, wiele rzeczy jest do zmian i do dopracowania, ale co ma do tego likwidowanie gimnazjów? Wystarczy wprowadzać poprawki do programu nauczania, bez likwidacji jakichkolwiek szkół. Powoli, stopniowo, nie nagle, bo rewolucja szkole nie służy.
I po trzecie, czy gimnazja są rzeczywiście takie złe? Nie są. Większość dzieci jest normalna, bez względu na to, czy to podstawówka, gimnazjum czy liceum. Owszem, trafiają się skrajne przypadki. Ale właśnie tym one są: przypadkami, nie normą. Zdarzają się ciężkie klasy, zdarzają się słabe szkoły, sęk w tym, że może to być równie dobrze liceum, jak i podstawówka.
Praca nauczyciela nie jest lekka, wychowanie młodzieży to trudny proces. Tak było zawsze, a nasze problemy wzięły się nie przez współczesność, nie przez "dzisiejszą młodzież" nie przez gimnazja. Nasz system edukacji ma wiele wad i zmiany są potrzebne, ale przemyślane, racjonalne, logiczne, stopniowe. I coraz częściej odnoszę wrażenie, że to nie tak, że ludzie są głupi. Ludzie po prostu nie chcą myśleć. Dają się kupić populistycznymi hasłami, bez cienia refleksji, bez jakiegokolwiek wysiłku, by zadawać pytania, kwestionować, zgłębiać temat. Rozum jest najwspanialszą rzeczą, jaką dysponuje nasza rasa. Używajmy go. Nie pozwólmy, by to wszystko, co zbudowaliśmy, zostało zniszczone przez lenistwo i ignorancję.
sobota, 19 listopada 2016
Płaska Ziemia, wklęsła Ziemia i inne takie
Parę lat temu trafiłam na filmik pewnego nawiedzonego pana, który usilnie tłumaczył, czemu uważa, że żyjemy w środku Ziemi. Pamiętam, że ktoś wspomniał o tym w komentarzu do innego filmu i z ciekawości musiałam sprawdzić, czy na serio istnieje ktoś wierzący w coś tak idiotycznego. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, ilu na naszej planecie jest nawiedzeńców snujących najdziwniejsze, najbardziej szalone teorie spiskowe. Wkrótce okazało się, że owych nawiedzeńców jest całkiem sporo, a wspomniany pan od wklęsłej Ziemi nie jest ani jedynym ani pierwszym propagatorem tej jakże szalonej koncepcji. Wkrótce odkryłam, że nawiedzony ma całą serię filmików rzekomo udowadniających wklęsłą Ziemię i praktycznie cały urlop spędziliśmy na ich oglądaniu i zrywaniu boków ze śmiechu. Choć... czy to rzeczywiście takie śmieszne? Żyjemy w XXI wieku, latamy w kosmos, dokonujemy wspaniałych odkryć, a jednak wciąż nie brakuje osób negujących cały dorobek ludzkości i świat ich otaczający. Nie trzeba być geniuszem i doktorem fizyki, by sprawdzić, że Ziemia ani nie jest płaska, ani wklęsła, ani nie ma kształtu banana. Nie trzeba też do tego specjalistycznego sprzętu.Wystarczy odrobina dobrych chęci, zainteresowania światem i umiejętności logicznego myślenia, co w doskonały sposób pokazuje Gww15, którego kanał znajdziecie tutaj. Ów człowiek postawił sobie za zadanie pokazanie wszystkim, jak kłamią nawiedzeńcy i jak prosto można to udowodnić. Zastanawiam się jednak, czy to nie jest walka z wiatrakami, bo z jakiegoś powodu pewni ludzie nie chcą lub nie potrafią zaakceptować najprostszych prawd i z uporem maniaka snują teorie, których pozazdrościć by mogli najkreatywniejsi twórcy fantastyki. Okej, niech sobie snują, mnie to w sumie nie przeszkadza, że żyją we własnym świecie. Problem w tym, że próbują w to wciągnąć innych, a osoby naiwne mogą im uwierzyć. Pytanie po co to wszystko? Co tymi ludźmi tak naprawdę kieruje? Od dawna szukam odpowiedzi na to pytanie i jeszcze jej nie znalazłam. Czy może to być zwykła chęć zaistnienia i bycia innym?
Subskrybuj:
Posty (Atom)