Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anime. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anime. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 lutego 2019

Top5 mang&anime, które nadawałyby się na wersję aktorską

Na wstępie chciałam wyklarować parę niejasności, które mogą wyniknąć z tej listy. Po pierwsze wcale nie uważam, że film to coś lepszego od anime, bo gdyby tak było, to oglądałabym więcej filmów niż anime, a tak nie jest. Mówię o tym, bo przypomniało mi się, jak kiedyś ktoś mi zarzucił, że faworyzuję film jako formę przekazu, bo lubię rozważać ewentualne wersje aktorskie mang lub anime. Otóż nie. Ja po prostu zawsze tak miałam, że jak czytałam fajne książki, mangi, grałam w gry to lubiłam sobie wyobrażać jakby to wyglądało jako film. Nie wiem czemu, po prostu mój mózg tak ma. I zdaję sobie sprawę, że jest wiele osób, które są strasznie przewrażliwione na punkcie swoich ulubionych animców i jakakolwiek forma adaptacji jest dla nich profanacją. No cóż, każdy ma prawo do własnego zdania. Zdaję sobie sprawę, że większość adaptacji m&a do tej pory nie powalała, ale myślę, że to nie przez to, że m&a się nie nadaje jako materiał do adaptacji, tylko po prostu twórcy filmowi wciąż mają w tym zbyt małą wprawę. Pomyślcie np. o komiksach z superbohaterami. Kiedyś filmy na ich podstawie były w dużej mierze nieudane i raczej nie traktowano tych komiksów jako dobry materiał na filmy dla szerszej publiczności. A co mamy teraz? Wielki renesans filmów z superbohaterami, które są oglądane i cenione przez miliony ludzi na całym świecie. Czy kiedyś tak będzie z adaptacjami anime? Nie wiem, ale uważam, że jak się chce, to się da.
Przepraszam za ten trochę przydługi wstęp, ale jeszcze jedna, mała sprawa do wyjaśnienia zanim zaczniemy. To jest lista anime, które moim zdaniem najbardziej nadają się na to, żeby zrobić z nich udaną adaptację filmową, ale niekoniecznie są to anime, których adaptację najbardziej chciałabym zobaczyć. Co nie zmienia faktu, że moje lubienie poszczególnych serii też na pewno miało wpływ na kształt tej listy.



5. Banana Fish


Akcja tej serii rozgrywa się głównie w Nowym Jorku. Mamy tu młodego Japończyka oraz nastoletniego przywódcę gangu, chłopaka, który jest własnością mafijnego bossa. Obaj młodzieńcy zaprzyjaźniają się, ale niestety razem wplątują się w spore problemy. Pojawia się też motyw narkotyku, używanego w niecnych celach oraz intryga na wysokim szczeblu. Nie brakuje tu scen akcji, a kino sensacyjne cieszy się przecież popularnością od dawna. Są też postacie z różnych grup etnicznych, a to jest, moim zdaniem, na czasie. Dlatego wydaje mi się, że taka adaptacja bardzo sprawdziłaby się jako kooperacja zachodu z Azją. Pewnie zauważyliście, że czasem jest tak, że Amerykanie robią adaptacje mang lub anime, których akcja toczy się w Japonii, zaś Japończycy z jakiegoś powodu wybierają te, w których większość postaci to nie Azjaci. I wtedy rodzi się pytanie: Czemu się po prostu nie zamienią? No to tutaj nie byłoby tego problemu, gdyby połączyć siły. Wszyscy mogliby być usatysfakcjonowani.

4. Rainbow: Nisha Rokubou no Shichinin


Tutaj wkraczamy w bardzo mroczne klimaty, choć i Banana Fish do lekkich nie należało. Tym razem mamy serię, której akcja toczy się w Japonii w latach 50tych i opowiada o nastolatkach, zmuszonych walczyć o przetrwanie w poprawczaku. Fabuła wybiega nieco bardziej w przyszłość, więc poznajemy też ich dalsze losy, ale w dużej mierze wpisuje się to w stylistykę historii więziennej. A filmów i seriali o więzieniu jest całkiem sporo, co ewidentnie pokazuje, że ludzi taka tematyka interesuje. Mało tego, istnieje już film, który jest w bardzo podobnym klimacie do „Rainbow”, czyli „Uśpieni”, więc czemu miałoby to nie wypalić w wersji japońskiej, zwłaszcza, że ten materiał daje fabularnie znacznie większe pole do popisu. Myślę, że wiele osób na całym świecie dałoby się wciągnąć w tę historię, zwłaszcza że mamy tu gamę naprawdę złożonych, interesujących i bardzo różniących się od siebie postaci.

3. Steins;Gate


Nie byłabym sobą, gdyby na liście nie pojawiło się coś z dużą ilością postaci żeńskich. Myślę też, że nie byłabym sobą, gdybym pominęła coś o maszynie czasu i efekcie motyla. W zasadzie w tym anime nie ma zbyt wiele fizycznego podróżowania w czasie, ale jest bardzo ciekawy motyw zmieniania pewnych rzeczy w przeszłości tak, że powstają alternatywne wersje teraźniejszości. Wiem, że wiele osób lubi taką tematykę, a do tego dochodzi jeszcze wątek romantyczny, więc każdy znalazłby coś dla siebie. Motyw zmian w teraźniejszości, by uchronić nas przed mroczną przyszłością, też jest raczej znany i lubiany. Do tego dochodzi jeszcze jedna kwestia. Mam wrażenie, że niektóre adaptacje anime zaliczają klapę, bo z jednej strony są za mało „animcowe” dla hardcorowych fanów, a z drugiej zbyt hermetyczne dla ludzi spoza fandomu. W „Steins;Gate” mamy trochę typowo „animcowych” elementów, ale też fabułę, która mogłaby trafić do szerszej publiczności, dlatego uważam, że ta seria zaadaptowana w odpowiedni sposób mogłaby połączyć te dwa światy.

2. Tiger&Bunny


Powiem szczerze, dziwnym dla mnie jest, że taki film jeszcze nie powstał. Jednak w trakcie tworzenia tej topki dowiedziałam się, że wersja hollywoodzka jest w planach. Mam nadzieję, że dojdzie do skutku. Pożyjemy, zobaczymy.
Jak już wspominałam we wstępie, obecnie mamy istny renesans filmów o superbohaterach i oglądają je nie tylko fani komiksów. Popularność zdobyły też filmy nieco prześmiewcze, jak np. „Deadpool” i prawdę powiedziawszy seria „Tiger&Bunny” też trochę taka jest, bo opowiada o świecie, w którym superbohaterowie to celebryci, a ich praca jest traktowana jako reality show. Nie brakuje też podobieństw z „X-men”, bo supermoce są wytłumaczone czymś w rodzaju mutacji występującej u niektórych ludzi. Zaś sam Tiger w swoim pancerzu przypomina trochę Ironmana.
Naturalnie aby taka adaptacja się udała, twórcy musieliby iść na parę kompromisów, ale w adaptacjach chyba zawsze o to właśnie chodzi. Jeśli wziąć pod uwagę kilka ewentualnych poprawek, to byłby naprawdę idealny materiał na film na miarę naszych czasów.

1. Berserk


Ta manga jest praktycznie stworzona do tego, żeby zrobić na jej podstawie film. Żyjemy w czasach, w których dark fantasy nie jest już chyba nikomu obce. „Gra o tron” czy „Wiedźmin” pokazały wszystkim, że fantastyka nie jest tylko dla dzieci, młodzieży i dziwaków. Że tytuły skierowane do dorosłych też mogą się sprzedać. Że wcale nas tak bardzo nie szokują przepełnione przemocą historie o czarach i demonach. Mało tego, wydaje mi się, że „Berserk” jest właśnie mangą, która doskonale przemówiłaby do osób nieinteresujących się japońskim komiksem, bo bardziej wpisuje się w stylistykę zachodnich opowieści fantasy, rozgrywających się w świecie a'la średniowiecze.
Myślę, że jeden film, to byłoby za mało. Tu aż się prosi o trylogię i jestem przekonana, że gdyby zrobić to porządnie, to każdy taki film odniósłby ogromny sukces. Prawda jest taka, że już od dawna na niego czekam i doczekać się nie mogę. Może zamiast brać to, co najlepiej wychodzi Japończykom i maścić to potem okrutnie, lepiej byłoby sięgnąć po coś, co właśnie idealnie sprawdziłoby się jako film zachodni z wielkim budżetem i rozmachem? Mam nadzieję, że ktoś kiedyś na to wpadnie i że uda się taki projekt zrealizować, choć boję się, że po zbyt wielu niewypałach, studia mogą zacząć być bardziej niechętne do sprzedawania praw autorskich.

Podsumowując, to nie tak, że pewne mangi czy anime koniecznie muszą mieć swoje wersje aktorskie, bo często dobrze radzą sobie same. Ale pamiętajcie o jednym. Film zawsze trafi do szerszego grona odbiorców niż manga czy anime, więc gdyby umiejętnie wybierać materiał na adaptacje filmowe, możliwe, że więcej osób zainteresowałoby się japońską animacją, a wtedy zyskaliby wszyscy.

sobota, 26 stycznia 2019

Mój nowy AMV

Po ponad 10-letniej przerwie przyszła mi taka wena na AMV, że nie mogłam odpuścić, więc cisnęłam, aż wycisnęłam;) Miłego oglądania. Teledysk trochę posępny i dołujący.
anime: Devilman Crybaby
muzyka: Under the Iron Sky (Laibach)


niedziela, 13 stycznia 2019

Ulubione AMV

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze chodziłam na konwenty, uwielbiałam oglądać AMV i sama nawet trochę się bawiłam w ich robienie. Kiedy dyski komputerów nie były jeszcze tak pojemne, miałam w zwyczaju zbieranie tych najlepszych AMV i nagrywanie ich na płyty. W ten sposób nazbierało mi się kilka całkiem dobrych składanek i choć wiele starych teledysków wygląda, jakby były nagrywane pralką, to wciąż łezka w oku się kręci, gdy się je ogląda. Ostatnio odświeżałam sobie te stare składanki i nagle zaświtała mi myśl... A może by stworzyć taką całkowicie nową? Już nie nagrywaną pralką:P W końcu tyle nowych serii się przewinęło w moim życiu przez ostatnie lata. I mówiąc ostatnie lata mam na myśli... no przynajmniej 10. Ale taka jest prawda, tak długo nie robiłam żadnych składanek AMV. Dlatego w ostatnim czasie przeglądałam youtube w poszukiwaniu tych najlepszych teledysków do moich ulubionych anime z czasów, powiedzmy, „nowożytnych”. Uzbierało się ich już całkiem sporo i tak sobie pomyślałam, że wypadałoby się podzielić przynajmniej częścią odkryć. Uznałam że wybiorę po jednym ulubionym AMV na każdą serię. Oczywiście lista jest wciąż otwarta i może się zmienić. Nie będą omawiać każdego teledysku z osobna, bo nawet nie wiedziałabym, co napisać. Po prostu podsumuję wszystkie tak: porządny AMV to taki, który ma świetny montaż, dobrze dobraną muzykę i to coś. Poniższą listę ułożyłam w kolejności alfabetycznej.


Attack on Titan: Believer

B: The Beginning: Grateful

Banana Fish: Blood // Water

Berserk (nowa wersja): Stricken


Castlevania: Monster

Devilman Crybaby: Unstoppable

Hellsing Ultimate: Hellsing Style

Mo Dao Zu Shi: Monster

Rainbow: Paradise Lost

Space Brothers: Hibito's Choice

Steins Gate: One More Try

Tiger&Bunny: Last Goodbye

Violet Evergarden: Hometown Smile

Yuri on Ice: Not Today

PS. Dwa "Monstery" to przypadek. Piosenki są różne.

niedziela, 6 stycznia 2019

Anime z Netflix

Ponieważ ostatnio miałam wolne oraz dostęp do Netflixa, obejrzałam kilka serii anime na tej platformie i postanowiłam podzielić się przemyśleniami. Kolejność jest taka, w jakiej je oglądałam, więc nie wyróżniam, które najlepsze.


Violet Evergarden



To anime upatrzyłam sobie już znacznie wcześniej, ale chciałam najpierw skończyć inne serie, więc trochę czasu minęło, nim się za nie wreszcie wzięłam. Jakże mile byłam zaskoczona, gdy okazało się, że jest dostępne na Netflixie. Seria opowiada historię młodej dziewczyny, która wychowała się jako żołnierz i nie znała praktycznie nic innego poza wojną. Jest pozbawioną emocji maszyną do zabijania, ale gdy nastaje pokój, próbuje się odnaleźć w nowym świecie, pisząc listy na zlecenie. Bohaterka próbuje za wszelką cenę zgłębić czym są ludzkie uczucia, starając się przelać na papier cudze emocje i poznając historie różnych ludzi. Całość osadzona jest w wyimaginowanej krainie, przypominającej trochę pierwszą połowę XX wieku.
Przyznam szczerze, anime to nie jest do końca w moim klimacie. Mocno skupia się na wątkach obyczajowych, psychologicznych i choć wspomina też o wojnie, nie uświadczycie w nim dużej ilości scen akcji. Urzekło mnie jednak tym, że w sposób mistrzowski pokazuje ewolucję głównej bohaterki od niepojmującej emocji socjopatki, do pełnej złożonych uczuć dziewczyny. Anime to jest prawdziwym wyciskaczem łez i nie zamierzam ukrywać, że płakałam na nim jak małe dziecko. Do tego dobra muzyka i ładna oprawa graficzna pokazują ogromną dbałość o szczegóły. Po prostu widać, że jest to seria dopieszczona, dopracowana pod każdym względem i choć nie brakuje w niej tragicznych wątków, to uważam, że jej ogólny wydźwięk jest pozytywny. Polecam z całego serca.


B: The Beginning



Akcja serii rozgrywa się w czasach współczesnych, ale w fikcyjnym, wyspiarskim kraju. Z początku zanosi się na typowy kryminał: mamy tu seryjnego mordercę, młodą policjantkę i geniusza dedukcji. Okazuje się jednak, że zabójstwa to tylko czubek góry lodowej, a zdecydowanie większą zagadkę stanowią tajemnicze istoty o nadludzkich zdolnościach. Anime wciągnęło mnie niezmiernie tymi wszystkimi zwrotami akcji, dużą ilością pytań, które nachodzą w czasie oglądania, ciekawymi postaciami i atmosferą suspensu. Bardzo spodobało mi się, że w drużynie jest kobieta informatyk, która naprawdę wyróżnia się ze swoimi umiejętnościami. Jeśli chodzi o sam wątek „boskich istot”, jest on na tyle ciekawie przedstawiony, że z jednej strony kojarzy się trochę z fantasy, a z drugiej wiele rzeczy zostaje naukowo wyjaśnionych.
Przyznaję, że nie wszystkie postacie przekonały mnie do siebie, ale są też takie, które bardzo polubiłam, np. Keith i Lily. I może to tylko ja tak mam, ale zabrakło mi tam jakiegoś wątku romantycznego. Tak, wiem, to by było oklepane, ale czasami mi tego brakuje w animcach. Jednak ogólnie rzecz biorąc jest to seria, której drugiego sezonu wyczekuję. Ciekawa jestem, co będzie w nim głównym wątkiem, bo ten z pierwszego wydaje się już zamknięty. Generalnie jeśli lubicie kryminały, w których dzieje się „coś dziwnego”, to jest to anime dla was.


Castlevania



Technicznie rzecz biorąc to nie do końca anime, bo produkcja jest zachodnia, ale stylizowana na anime, więc wrzucę ją do tego samego worka. O wampirach powstało już wiele historii, więc seria może nie wydawać się zbyt odkrywcza, a jednak ma w sobie coś, co przykuło moją uwagę. I od razu mówię, że gier nie znam, więc nie będę oceniać tego jako adaptację.
Fabuła zaczyna się tak, że ludzka żona Drakuli pod jego nieobecność zostaje posądzona o czary i spalona na stosie. To wkurza księcia ciemności, który decyduje się na srogą pomstę, czyli anihilację całej ludzkiej rasy. Pojawia się jednak dzielny pogromca demonów, magiczka oraz syn Drakuli Alukard, którzy wspólnie tworzą drużynę i chcą pokonać zło. Brzmi banalnie, prawda? I od razu mówię, nie lubię tu protagonistów, są nudni i sztampowi. Ale Dracula... O, to inna bajka. Ta oklepana już z pozoru postać w Castlevani jest przedstawiona bardzo ciekawie. Nie jest doszczętnie przesiąknięty złem, nie odczuwa żądzy zabijania ludzi tylko dlatego, że taka jest natura wampira. Jego motywacja jest bardzo przekonująco uzasadniona i autentycznie było mi żal tej postaci. Do tego ma dużo fajniejszą drużynę niż ludzie, więc zamiast kibicować „tym dobrym”, to ja zachwycałam się Drakulą i jego pomagierami.
Ogólnie rzeczy biorąc seria dupy nie urywa, ale też ma w sobie to coś, co sprawia, że chce się ją obejrzeć do końca. Jeśli lubicie historie, w których to czarny charakter jest dużo ciekawszą postacią od protagonisty, to warto spróbować.

Devilman Crybaby



Chyba najdziwniejsza produkcja z wszystkich tu wymienionych. Z początku spodziewałam się nieco głupawej serii, takiej trochę jak „Martwe Zło”. Czyli czegoś krwawego, niecenzuralnego i trochę na śmieszno. I owszem, jest krwawo, jest niecenzuralnie, ale... czy na śmieszno? Przyznam szczerze, drugie dno tej serii mnie zaskoczyło i dało mi mocno po pysku. Początkowe odcinki rzeczywiście mogą stworzyć mylne wrażenie, że chodzi tu głównie o gore i cycki, ale z czasem fabuła robi się coraz bardziej niepokojąco poważna. Ale o czym to w ogóle jest? Bardzo pokrótce, jest to o kolesiu, który staje się jakby nosicielem demona, ale udaje mu się stłamsić jaźń diabła, więc technicznie rzecz biorąc staje się człowiekiem o super mocach. Postanawia używać ich w walce z demonami, nigdy przeciwko ludziom. Tylko czy aby na pewno ludzie to „ci dobrzy”?
Mój główny zarzut do tego anime jest taki, że graficznie wygląda po prostu słabo. Tak jakby budżet stanowiła flaszka wódki i garść grzybów. Niektóre ujęcia są nawet okej, innej wyglądają jak narysowane w paincie. Z drugiej strony, może taki był zamysł artystyczny? Ciężko powiedzieć, bo niby w ten sposób wygląda to bardziej groteskowo. Ale pomijając kwestie wizualne, anime mocno mnie zaskoczyło, bo o ile dobrze zrozumiałam jego przesłanie, to ma bardzo przerażający wydźwięk: ludzie to potwory. Łatwo ich zmanipulować i sprawić by dopuszczali się takiego bestialstwa, że w niczym nie są lepsi od demonów. Dlatego jeśli chcecie stracić wiarę w ludzkość, lub już ją straciliście, to polecam. Nie polecam fanom ciepłych historii ze szczęśliwym zakończeniem.

sobota, 24 listopada 2018

Jestem na tumblerze

Stwierdziłam, że o tym napiszę, bo w sumie czemu nie. Coś mnie natchnęło i założyłam sobie konto na tumblerze https://www.tumblr.com/blog/vampircia Co prawda jeszcze nie wiem, czy będę go używać do czegoś więcej niż tylko obserwowanie co wrzucają inni i okazjonalne komentowanie, ale zobaczymy. Ostatnio sporo się dzieje w moim twórczo-fandomowym życiu. Przede wszystkim po ponad dwuletniej przerwie wzięłam się za kontynuowanie "Wyzwań" i nowy rozdział już się pisze. Dodało mi to niesamowitych skrzydeł, ponieważ w pewnym momencie już praktycznie straciłam wiarę, że jeszcze kiedykolwiek odzyskam wenę. Jeśli jesteście zainteresowani, śledźcie blog ISETverse, do którego link jest w rubryce "odwiedzam".
Inna sprawa jest taka, że zaczęłam nadrabiać mangi i animce, co ma bardzo pozytywny wpływ na moją wenę. Można wręcz rzec, że ostatnio wciągnęła mnie seria "The Grandmaster of Demonic Cultivation" (wciąż nie mogę zapamiętać oryginalnego tytułu), o której być może napiszę oddzielnego posta, gdy lepiej się z nią zapoznam. Tak czy siak, miło jest znowu tworzyć i oglądać animce:)

niedziela, 31 grudnia 2017

Co sądzę o Uchuu Kyoudai

Szczerze powiem, już myślałam, że nie wyrobię się z tym postem przed końcem roku. Planowałam go od tygodnia i co chwilę przekładałam. Ale teraz nagle dostałam jakiś impuls i stwierdziłam, że napiszę małą notkę. Pamiętacie może, że "Uchuu Kyoudai" pojawiło się na początku mojej listy anime, które chciałabym obejrzeć, ale mam opory. Tak się składa, że w tym przypadku udało mi się te opory przełamać, bo obejrzałam całą serię, a liczy ona sobie aż 99 odcinków. Czuję się wręcz zobowiązana, że powinnam o niej parę słów powiedzieć.
Co mi się podobało? Przede wszystkim oryginalność. Serio, nie przypominam sobie niczego o podobnej fabule. Z reguły historie o astronautach skupiają się na samych misjach kosmicznych, a tutaj mamy bardziej opowieść o tym, jak wygląda cała droga do zostania astronautą. Owszem, pojawia się też wątek kolonizacji Księżyca, ale mimo wszystko większość fabuły dzieje się na Ziemi. Powiedziałabym, że to taka trochę mieszanka obyczajówki z s-f. Mimo, że akcja ma miejsce w niedalekiej przyszłości, to jednak seria jest dość realistyczna. Podoba mi się też, że wszystkie postacie są super dokładnie dopracowane (czasami aż jest to wada, ale o tym później).
A co mi się nie podobało? Przeciąganie. Anime mogłoby spokojnie być o 1/3 krótsze i nie stracić nic na fabule. Tak jak wcześniej mówiłam, że dopracowanie postaci jest plusem, to jednak czasami drażniło mnie, gdy odcinki skupiały się na postaciach, które nie są zbyt istotne i tylko spowalniało to fabułę. Serio, jaki jest sens, dodawanie nowych postaci kilka odcinków przed końcem i jeszcze walenie o nich retrospekcji? Nie wiem, może twórcy planowali ciąg dalszy. W sumie mocno otwarte zakończenie mogłoby na to wskazywać. Szkoda tylko, że nie pominęli tych różnych zbędnych zapychaczy i nie pociągnęli fabuły nieco dalej. Ja ewidentnie czułam niedosyt i brak konkluzji do wątków, które najbardziej mnie interesowały.
Reasumując, anime bardzo dobre, ale nie genialne. Polecam głównie osobom, które nie są do końca przekonane do japońskiej animacji, ale chciałyby coś obczaić z ciekawości. Jest mało animcowe. Cóż post krótki, ale musiałam się streszczać. Może zrobię upgrade, jak nie będę musiała pisać z zegarkiem w ręku. Wiem, mogłam poczekać do jutra, ale bałam się, że jak nie napiszę tego teraz, to już nigdy tego nie zrobię. W każdym razie pozdrawiam;)

środa, 15 listopada 2017

Top10 mang i anime, które były dla mnie przełomowe

Najpierw parę słów wstępu. Nie chodzi mi tu o anime, które były przełomowe dla świata, tylko przełomowe w moim życiu prywatnym. Dlatego nie zdziwcie się, że nie znajdziecie tu wielu znanych i legendarnych tytułów, które uchodzą za obowiązkowe dla każdego fana. To że ich tu nie ma, nie znaczy, że ich nie cenię, albo że ich nie znam, ale po prostu ich wpływ na mnie nie był aż tak duży. To, co mocno rusza innych, nie zawsze rusza mnie, a to, co rusza mnie, nie zawsze rusza innych. Nie twierdzę też, że anime w tym rankingu to są najlepsze anime jakie znam, po prostu w jakiś sposób odegrały dużą rolę w moim fanowskim życiu. Ponieważ wybrałam ich tylko 10, istnieje cała masa innych serii, które zrobiły na mnie wrażenie, ale jakiegoś wyboru trzeba było dokonać i nie zawsze było to proste.

1. Ribbon no kishi



W Polsce ta kreskówka ukazała się pod różnymi tytułami, między innymi „Czopi i księżnikcza” oraz „Przygody księżniczki”. Seria anime pochodzi z 1967 roku i powstała na podstawie mangi Osamu Tezuki, czyniąc ją jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym shojo. Fabuły już dobrze nie pamiętam, ale kojarzę, że bohaterką była księżniczka, która udawała księcia, bo w jej krainie kobiety nie mogły dziedziczyć tronu. Na dzień dzisiejszy brzmi to pewnie dość sztampowo, ale zapewne można to wybaczyć, biorąc pod uwagę sędziwy wiek kreskówki. Oglądałam ją jako dziecko i powiem szczerze, nie jest to najbardziej pamiętna seria z moich szkolnych lat, ani też moja ulubiona. Więc czemu o niej w ogóle wspominam? Ponieważ to najprawdopodobniej pierwsze anime w moim życiu. Nie mam stuprocentowej pewności, gdyż jak już wspominałam, w podobnym czasie oglądałam też inne serie, ale wydaje mi się, że ta była emitowana na początku. Z resztą, to nie ma większego znaczenia, tą pamiętam jako pierwszą i to jest najważniejsze. Niestety było to tak dawno, że ciężko byłoby mi opowiedzieć o niej ze szczegółami, ale pamiętam, że każdy odcinek był mocno wyczekiwany i oglądałam je z wielką radością. Później pojawiło się wiele anime, które wciągnęły mnie jeszcze bardziej i nie jedno z nich można by w jakimś sensie nazwać przełomowym, jednak wydaje mi się, że to właśnie „Ribbon no kishi” zasłużyło sobie na pierwszy punkt w tym rankingu. Czy chciałabym je dziś obejrzeć ponownie? Niekoniecznie. Z czasem zmienia się nasz odbiór i wydaje mi się, że na dzień dzisiejszy ta seria mogłaby mi się wydawać dość infantylna i pewnie niezbyt ładna, ale dla dziecka ćwierć wieku temu, to była prawdziwa przygoda. Zwłaszcza, że dziewczynki lubią księżniczki;)

2. Dragon Ball Z









Może dziwić tak duży przeskok czasowy, ale po moich pierwszych przygodach z japońskimi bajkami nastał wieloletni zastój. Tak długi, że nawet ominęły mnie Sailorki. Dopiero pod koniec liceum zaczęłam się odrobinkę interesować mangą (tak, już wtedy znałam to słowo), bo moja koleżanka w tym siedziała. Ale prawdziwy przełom nastąpił dopiero na początku studiów, gdy poznałam Raziela (mój mąż). To on postanowił wciągnąć mnie w Dragon Balla, który w tamtym okresie wciąż był jeszcze na fali. Kiedy zaczęłam, akurat kończyła się emisja docinków oryginalnej serii, dlatego można powiedzieć, że zaczęłam od DBZ. Jednak po latach nadrobiłam pierwsze DB i z perspektywy czasu wydaje mi się najlepszą częścią. Ale wracając do DBZ, ta seria miała naprawdę wiele do zaoferowania, fajne postacie, bardzo rozbudowany wszechświat, kosmitów, podróże na inne planety, przenoszenie się w czasie i oczywiście epickie walki. Obecnie wiele osób zarzuca tej serii brak ciekawej fabuły i ogólną banalność, ale ja się z tym nie zgadzam. I nie, nie przemawia tu przeze mnie tylko nostalgia, ponieważ wróciłam do „Dragon Balla” po wielu latach i wciąż mi się dobrze oglądało. Co prawda była to poprawiona wersja, więc część niedociągnięć została zniwelowana, ale fabularnie to dalej to samo. Szczerze powiem, obawiałam się, że nie będę już z tego czerpać takiej radości jak kiedyś, ale na szczęście się pomyliłam. Seria wciągnęła mnie na nowo i nawet zaczęłam doceniać elementy, które wcześniej mi się nie podobały.
Jednak „Dragon Ball” zrobił coś więcej, niż tylko pokazał mi, że anime jest spoko. Zapoczątkował prawdziwą podróż przez fandom, która trwa do teraz. To dzięki tej serii zaczęłam sięgać po inne tytuły, namiętnie zajmować się twórczością fanowską, udzielać się na forach i poznawać nowych ludzi. Owszem, z perspektywy czasy uważam, że istnieje wiele dużo lepszych serii, ale niezaprzeczalnie ta zasłużyła sobie na ważne miejsce w historii. Nie tylko historii moich przygód z anime, ale także milionów innych fanów na świecie.

3. Naruto










Kiedy zaczęłam czytać „Naruto”, wciąż byłam jeszcze mocno zakorzeniona w fandomie DBZ, jednak moi forumowi znajomi tak mocno zachwalali tą nową mangę, że musiałam ją kupić. Na rynku polskim była wtedy nowością i liczyła może kilka tomów. Zdobycie anime nastręczało pewnych problemów. Co prawda miałam już wtedy internet, ale wolny jak cholera, więc z reguły uruchamiało się kontakty, żeby coś obejrzeć. Do tej pory pamiętam jak płyty z „X” szły do mnie pocztą polską z drugiego krańca Polski. Ale w przypadku „Naruto” postanowiłam zastosować bardziej bezpośrednie metody. Czasem jeden odcinek ściągał się całą noc, ale jakimś cudem udało mi się skompletować kilka płyt. Jeśli wtedy ktoś na dzielni był fanem „Naruto”, to istniała bardzo duża szansa, że poznał anime dzięki mnie.
Wracając do samej serii, przed nią pojawiały się inne, ale dopiero ta sprawiła, że porzuciłam fandom DBZ i przeszłam do nowego. Co prawda nigdy „Naruto” nie skończyłam, bo nie jestem osobą, która potrafi żmudnie śledzić jeden tytuł latami, ale to nie zmienia faktu, że wiele mu zawdzięczam. Co tu dużo mówić, anime technicznie wyglądało o niebo lepiej niż DBZ i dysponowało jeszcze ciekawszą gamą postaci. A że postacie są dla mnie mega ważne, przekonacie się w tym rankingu nie raz. Ilość barwnych bohaterów była tak duża, że każdy bez problemu mógł znaleźć swojego ulubionego. Zresztą z reguły tych ulubionych miało się dużo więcej, bo co chwilę pojawiał się ktoś nowy. Świat był dość dziwny, ale inspirujący, a gdybym miała wybrać swoją ulubioną część historii, to powiedziałabym, że początek. Tak, gdybym na dzień dzisiejszy miała wracać do tego anime, to myślę, że nie oglądałabym całości, tylko wybrała właśnie wątek z Zabuzą. Był momentami naprawdę poruszający i do tej pory mam przed oczami niektóre sceny.

4. Gravitation


Tutaj następuje zmiana o sto osiemdziesiąt stopni. Po raz pierwszy wciągnęło mnie anime nie będące tasiemcem. I w pewnym sensie można powiedzieć, że sprowadziło mnie na ciemną stronę mocy, haha. Opowiada o romansie dwóch facetów i nie zaskoczyło mnie pod tym względem, bo czym jest yaoi zdążyłam się w dość brutalny sposób przekonać dużo wcześniej, czytając fanfika do DBZ. Ale do tego lepiej nie wracajmy, skupmy się na samym „Gravitation”. Są dwa powody, dla których to anime mnie urzekło: muzyka i fajny wątek miłosny. No dobra, trzy, jeszcze humor. Owszem, to dość prosta historyjka ze stereotypowymi postaciami, ale na tyle zręcznie poprowadzona, że nawet Raziel się wciągnął.
Do anime mam głównie żal o to, że nie trzyma się wiernie mangi. Wersja papierowa jest znacznie dłuższa i bardziej złożona. Oczywiście, wciąż nie jest do arcydzieło na skalę światową, ale czyta się przyjemnie i bez wątpienia zainspirowało wielu twórców, sądząc po nieco podobnych seriach, które poznałam później.
„Gravitation” było dla mnie sporym powiewem świeżości, pokazało mi, że nie tylko shouneny mają wciągającą fabułę. Zaś Shuichi i Yuki to pierwszy w anime kanoniczny pairing homoseksualny, który mnie urzekł. Choć dziś wydaje mi się mocno sztampowy i nie do końca realistyczny, to i tak niezbyt mi to przeszkadza. Po prostu polubiłam tych dwóch bohaterów i ich perypetie. To chyba jeden z tych animców, które nigdy  mi się nie znudzą. Widziałam go już kilka razy i mam przeczucie, że może jeszcze kiedyś do niego wrócę.

5. One Piece


Między punktem 4, a 5 jest pewna luka, ale nie dlatego, że nic wtedy nie oglądałam, tylko po prostu uznałam, że nie działo się wtedy nic przełomowego. Niby był „Bleach”, którego bardzo lubiłam i sporo w jego fandomie działałam, ale mimo wszystko nie wypłynął na mnie aż tak, żeby znaleźć się  w pierwszej dziesiątce. Dlatego przechodzę od razu do „One Piece”, serii do której zabierałam się jak pies do jeża. Początkowo opornie mi szło, kilka pierwszych odcinków uważam za bardzo słabe, ale najwyraźniej wtedy byłam dużo bardziej wytrwała niż teraz, bo przebrnęłam przez koślawy początek i wkrótce anime zaczęło mnie wciągać. Czytałam też mangę i miałam masę radochy, do momentu aż uznałam, że to się ciągnie za długo. Podobnie jak w przypadku „Naruto” w pewnym momencie „One Piece” pokonał mnie swoją długością, ale i tak wydaje mi się, że obejrzałam go więcej niż tego pierwszego.
Czym ta seria zasłużyła sobie na miejsce w topce? Dzięki niej poznałam nowych, wspaniałych ludzi, przeżyłam masę frajdy na konwentach i miałam nawet epizod z byciem żeglarzem. Serio, popłynęłam w rejs i upodobałam sobie rolę Sanjiego, bo gotowałam na statku:P A potem wróciłam i miałam chorobę lądową. Można powiedzieć, że dzięki tej serii przeżyłam prawdziwą przygodę. Do tego barwne postacie i ogromna ilość wątków inspirowały mnie twórczo przez długi czas. Wiem, że seria wciąż się ukazuje, ale, choć darzę ją sentymentem, jakoś nie wyobrażam sobie nadrabiania tego wszystkiego. Generalnie podziwiam ludzi, którzy są w stanie oglądać jedną serię przez kilkanaście lat i nie stracić zainteresowania. Nigdy nie wyrobiłam w sobie tej umiejętności, przez co pewnie to ostatni tasiemiec na tej liście. Przynajmniej jeśli chodzi o anime.

6. Hetalia Axis Powers


Długo zastanawiałam się, czy uwzględniać tę serię w liście. Szczerze powiem, nie uważam ani mangi, ani anime za jakieś szczególnie powalające. Źle nie jest, ale jakiejś większej fabuły też nie ma co się tu doszukiwać. Czym jest Hetalia? Właściwie to webcomic, który stał się na tyle popularny, że doczekał się wersji papierowej oraz anime. Nie zmienia to faktu, że są to po prostu krótkie, nie zawsze powiązane ze sobą historyjki z postaciami będącymi personifikacjami krajów. Pomysł ciekawy i niektóre scenki są całkiem zabawne, ale anime ogląda się dziwnie, zwłaszcza że odcinki mają po jakieś 5 minut długości. Jednak choćbym nie wiem ile się wypierała, to nie zmienia faktu, że ta seria była kiedyś dla mnie ważna i dzięki niej również poznałam wspaniałych ludzi, miałam frajdę na konwentach itp. Tak naprawdę nie o fabułę tutaj chodzi, bo Hetalia ma inną tajną broń: postacie, które są niebywale różnorodne. Jest ich multum i każda reprezentuje inny kraj, a to daje ogromne pole do popisu dla twórczości fanowskiej. Zresztą wejdźcie na moje forum w dział anime i zobaczcie do czego jest najwięcej fanfików. Jakieś pytania? Pomijając fakt, że to chyba Hetalia była moją fazą numer jeden, gdy powstała Polska Baza, więc nie uwzględnianie jej na liście byłoby po prostu nie w porządku. A z drugiej strony, może trochę zbyt surowo oceniam tę serię po latach? Ma po prostu nietypowy format, więc czasem ciężko przestawić się na nią z innych anime. Co nie oznacza, że nie jest warta obczajenia.

7. Berserk


Ciekawe jest to, że „Berserk” to dość stara seria, ale zainteresowałam się nią stosunkowo niedawno, choć od lat słyszałam o niej dobre rzeczy. Może dlatego, że fantasy to nie jest mój ulubiony gatunek i miałam pewne opory. Ale w końcu obczaiłam i nie żałuję. Najpierw widziałam anime z lat dziewięćdziesiątych, które jest całkiem dobre, a potem wzięłam się za mangę. I wtedy w pełni poczułam moc. Z wszystkich mang na tej liście, ta jest jedyna, którą jestem skłonna nazwać arcydziełem. Poziom techniczny po prostu powala na łopatki. Rysunki są tak dopracowane, tak dopieszczone, tak szczegółowe, że aż się oczy same rozszerzają ze zdumienia. Do tego sama historia wciąga i nie daje ani chwili wytchnienia. Po prostu musisz czytać dalej i dalej, i dalej.
Wcześniej widywałam różne poważne animce w mrocznych klimatach, ale to jako pierwsze dało mi wyraźnie do zrozumienia, że nie mam ochoty wracać do serii dla nastolatków. Chcę coś dorosłego. A do tego zwracam honor fantasy: potrafi mnie jeszcze czymś zainteresować. Co ciekawe, nigdy nie napisałam żadnego fika do „Berserka”, ale nie przez brak inspiracji. Po prostu tutaj nie ma czego dopisywać. Fanfiki są dla mnie czymś, co chętnie zobaczyłabym w danej serii, ale wiem, że to nigdy nie nastąpi. Natomiast „Berserk” jak dla mnie nie potrzebuje wymyślania dodatkowych rzeczy, bo to, co chcę, po prostu jest w oryginale. Oczywiście, nie twierdzę, że wszystko jest perfekcyjne, że niczego bym nie zmieniła, ale po prostu nie ma wystarczająco dużych luk, które chciałabym zapełnić. Szkoda tylko, że nowa seria anime nie zdała egzaminu. Niestety wygląda słabo, a fabularnie jest tak sobie. Jeśli naprawdę chcecie w pełni poczuć klimat „Berserka”, przeczytajcie mangę.

8. Tiger & Bunny


Pamiętam, że na tę serię natknęłam się w ten sposób, że rzuciłam w internecie hasło: „Polećcie mi anime, w którym bohaterami nie są gówniarze”. Dostałam kilka tytułów, ale ten najbardziej zwrócił moją uwagę. I tym razem nie obyło się bez oporów. Nie jestem fanką opowieści o superbohaterach. Owszem, zdarzają się wyjątki, ale mimo wszystko to nie mój klimat. Anime jednak zdecydowałam się obejrzeć, bo po pierwsze to japońska produkcja, więc powinna się różnić od tych amerykańskich, a po drugie z opisu fabuły wynikało, że jest to trochę robienie sobie jaj z superbohaterach. Może nie parodia, nie nazwałabym tego tak, ale podchodzi do tematu w trochę inny sposób. Tutaj superbohaterowie są gwiazdami reality show i wszystko jest przedstawione jako czysta komercha. Anime ma też swoją poważniejszą stronę, więc nie jest to tylko czysta komedyjka i wydaje mi się, że aspekt humorystyczny jest tu dobrze wyważony z całą resztą. Czyli trochę jak w życiu, raz jest śmiesznie, raz jest smutno. Jest to chyba pierwsze anime „nowej generacji” jakie miałam okazję obejrzeć. I przez „nową generację” mam na myśli zastosowanie dużej ilości CGI. Jednak w przeciwieństwie do nowego „Berserka”, w którym to wygląda po prostu źle, tutaj efekty komputerowe naprawdę dają radę. Ale wiecie, co mnie najbardziej urzekło? Główny bohater, uwielbiam go. Jest sympatyczny, uroczy, ale nie przeidealizowany. Nie jest superkoksem i wiele rzeczy mu nie wychodzi, przez co czasami było mi go żal. I jest po trzydziestce, więc mogę go fangirlować bez czucia się dziwnie, haha:D Generalnie takie zaprzeczenie bohaterów shounenów, bo zamiast robić się coraz silniejszy, to idzie mu coraz gorzej (z małymi wyjątkami). Cóż, starość nie radość. Z drugiej strony Bunny to postać, której raczej nie lubię, ale uważam, że jest sensownie skonstruowana i pasuje do duetu z Tigerem. I wiecie co, to anime wiąże się ze zmierzchem mojego uczęszczania na konwenty, chlip. Mało tego, wydaje mi się, że panel o T&B był ostatnim panelem, jaki kiedykolwiek poprowadziłam.

9. Shingeki no Kyojin


To była długa droga, ale dotarliśmy w końcu do osławionego „Ataku Tytanów”, czyli serii o społeczności ogrodzonej murem, bo za murem jest zło. Anime ma w sobie coś takiego, co wciąga, mimo że pierwsze odcinki oglądało mi się dość opornie. Manga wygląda brzydko i czytam ją tylko dlatego, że chcę wiedzieć, co będzie dalej. Naprawdę, jest to dla mnie jeden z nielicznych przypadków, kiedy uważam, że anime jest lepsze od mangi. Ale co jest w nim takiego fajnego? No przede wszystkim mury są teraz trendy. Jest mur w „Wayward Pines”, jest mur w „Grze o tron”, nawet Trump marzy o murze. Jednak mnie motyw muru zainteresował dużo wcześniej, gdy przeczytałam jedno z opowiadań Artura C. Clarcka, którego tytułu już nie pamiętam. W każdym razie tamto opowiadanie bardzo zapadło mi w pamięć i teraz mur wywołuje u mnie nostalgię. A tak na poważnie, owszem, mur jest intrygujący, ale jest wiele innych rzeczy w tym anime, które sprawiły, że jest to seria, na której ciąg dalszy wyczekuję. Punktu pierwszego już się pewnie domyślacie. Tak, postacie. To co zrobiło na mnie duże wrażenie, to fakt, że mamy tu naprawdę fajne i silne postacie żeńskie, które nie są seksualizowane. I tak, to jest coś. Nawet w wychwalanym przeze mnie „Berserku” jest wiele scen, które mnie zniesmaczyły niepotrzebnym fanserwisem, a w ukochanym „Dragon Ballu” seksistowskie żarty były normą. Nie twierdzę, że to zawsze mi przeszkadza, czasem można pooglądać goliznę, ale i tak wielki plus za to, że SnK potrafi przyciągnąć widownię innymi rzeczami niż cycki i tyłek.
Kolejna rzecz, która mi przypadła do gustu, to fakt, że chociaż bohaterowie są młodzi, to sama seria nie jest infantylna. Świat jest brutalny, nie ma taryfy ulgowej, trup ściele się gęsto i czasem ciarki przechodzą po plecach. SnK to obecnie jedyna manga, którą śledzę na bieżąco, a biorąc pod uwagę upadek mojego czytelnictwa w ostatnich latach, seria jak najbardziej zasługuje na miejsce w topce.

10. Yuri on Ice


Był taki czas, gdy nie wierzyłam, że jeszcze mogę zajawić się jakimś animcem. Kiedy myślałam, że na dobre wyrosłam już z fangirlizmu i że nigdy więcej nie poczuję tego, co czułam przy oglądaniu pozostałych anime z tej topki. I wtedy trafiłam na „Yuri on Ice”, anime, po którym nie oczekiwałam zbyt wiele, ale jak się myliłam, oj, jak się myliłam. Ale po kolei. YoI to najkrótsza seria z tej listy, bo liczy tylko 12 odcinków i jest anime oryginalnym, czyli nie będącym adaptacją żadnej mangi. Z tego też powodu nie ma co tu liczyć na rozbudowaną fabułę, ale za to są postacie, które sprawiają, że chce się mieć tej fabuły dużo więcej. Jednak to, co uczyniło to anime wyjątkowym, to fakt, że miałam po nim podobne odczucia, co po „Gravitation”. Urzekła mnie muzyka, humor i romans. Od razu pragnę zaznaczyć, że YoI to nie jest ani yaoi, ani shounen-ai, ale pojawia się w nim romans między dwoma panami, więc brawo za odwagę i w sumie też za nowatorstwo, bo wcześniej wątki tego typu rzadko miały okazję wybić się poza ramy okrytego złą sławą gatunku.
„Yuri on Ice” to niby seria sportowa, ale jeśli mam być szczera, to nie sport jest tu najważniejszym elementem, ale rozwój postaci i ich wzajemnych relacji. Mnie w dużej mierze urzekł aspekt artystyczny, bo naprawdę lubię balet, a i tańczenie na lodzie za dzieciaka zwykłam oglądać. Śledząc to anime poczułam trochę nostalgię i zdałam sobie sprawę, że może do dawnych zainteresowań czasem warto byłoby wrócić. Ale nie będę ukrywać, że to jednak relacje Yuuriego i Wiktora były dla mnie najbardziej interesującym elementem całej serii. Zupełnie inne niż relacje Yuki – Shuichi z „Gravitation”, ale mimo to wywołały we mnie podobne emocje.
Mam nadzieję, że drugi sezon powstanie, że napis końcowy z ostatniego odcinka, to nie są tylko puste obietnice albo trollowanie fanów. To anime potrzebuje dalszego ciągu, bo wprowadzić tyle postaci z potencjałem i dać im tylko pięć minut „czasu antenowego” to rzecz trochę przykra. „Yuri on Ice” przywróciło mnie do fandomu, więc lepiej niech mnie nie zawiedzie. Czekam na kolejny sezon.

czwartek, 9 listopada 2017

5 anime, którym nie zdołałam sprostać

Na wstępie pragnę zaznaczyć, że to nie jest lista złych anime. Moim celem nie jest tutaj krytykowanie tych serii, lecz pokazanie czemu niektóre anime (niekiedy uchodzące za bardzo dobre) nie były w stanie przemówić do mnie na tyle, bym chciała je kontynuować. Chyba każdy z nas miewa czasami takie sytuacje, że ktoś nam coś poleci, a my jakoś nie możemy się wciągnąć. Fragmenty opisów wzięłam z shinden.pl.

1. Junjou Romantica



Na początek Boys Love. Cóż może pójść nie tak z BL? Przecież serie BL to mi z ręki jedzą. Przecież „Gravitation” oglądałam kilka razy, w tym po niemiecku dla urozmaicenia. Wydawałoby się, że i tym razem pójdzie dobrze. Jest sobie taki młodszy koleś, który jest słodki i taki starszy od niego koleś, który jest pisarzem (o, jak w „Gravitation). Przy czym ten pisarz jest zakochany w starszym bracie tego pierwszego... czy jakoś tak. No dobra, może nie do końca jak „Gravitation”, ale liczyłam na to, że klimat będzie podobny. Ale nie jest, przynajmniej tak mi się wydaje, bo obejrzałam jakieś trzy odcinki... i one były nudne. Po prostu. Nic więcej. Nie wciągnęło mnie, nie zainteresowało, postacie były jakieś takie nijakie. I to w zasadzie wszystko.

2. Higurashi no Naku Koro ni



Anime to poleciła mi osoba, do której mam zaufanie i cały czas wierzę, że ono jest dobre, ale wiecie, czasami jest tak, że obejrzycie jeden odcinek i po prostu nie możecie ruszyć dalej, macie blokadę. Przy czym sami przyznacie, opis fabuły brzmi intrygująco: „Lato roku 1983. Maebara Keiichi przeprowadza się do Hinamizawy - niewielkiej japońskiej wioski, gdzie każdy zna każdego, a życie płynie w spokojnym tempie. Chłopiec szybko zaprzyjaźnia się z czterema dziewczętami należącymi do szkolnego koła gier i zabaw. Razem beztrosko spędzają swój czas, jednak wszystko ulega zmianie wraz z nadejściem święta Watanagashi. Okazuje się, że wioskowy festiwal wiąże się z tajemnicami, które nigdy nie powinny być odkrywane. Już wkrótce w Hinamizawie ma dojść do zdarzeń nie dających się wytłumaczyć zwykłą logiką...” Problem leży w tym, że w pierwszym odcinku nie dzieje się praktycznie nic, a do tego w moim prywatnym odczuciu anime wygląda po prostu brzydko. Tak wiem, podobno to dobra seria i mogę was pocieszyć tym, że z całej tej listy, ona ma największą szansę na to, że kiedyś do niej powrócę. Ale już bez pierwszego odcinka.


3. Free



O, seria o sporcie, który jest fajny? No, to się w moim przypadku rzadko zdarza. Gdyby jednak w tym anime rzeczywiście chodziło o pływanie... Cóż, może się mylę, może nie mam racji. W końcu obejrzałam tylko (aż!) jeden odcinek, ale naprawdę odniosłam wrażenie, że pływanie jest tu tylko pretekstem do fanserwisu. I w sumie nie twierdzę, że fanserwis jest zły. Czasem można coś obejrzeć głównie dla golizny. Jednak trzeba mieć do tego odpowiedni stan umysłu, a ja zabierając się za to anime mimo wszystko liczyłam na troszkę więcej. Chyba, że się mylę i później robi się ciekawie, to możecie rozwiać moje wątpliwości.

4. Gintama



Jedna z najwyżej ocenianych serii anime w USA, cóż mogłoby pójść nie tak? Do tego świat brzmi naprawdę zachęcająco: „Sakata Gintoki to samuraj żyjący w czasach, w których samuraje zostali pozbawieni honoru i dumy, zakazano im nawet noszenia mieczy. Akcja nie rozgrywa się jednak w erze Meiji, jak możnaby z powyższego zdania wywnioskować, lecz w jej alternatywnej wersji, w której kultura feudalnej Japoni (kimona, katany, tradycyjne budynki) przeplata się z techniką, jaką znamy dzisiaj, a nawet taką, której jeszcze nie poznaliśmy (telewizja, latające samochody, współczesna broń).” Do tego, jeśli dobrze pamiętam, pojawia się też motyw z kosmitami, więc już dużo do szczęścia nie potrzeba. Z anime też kojarzyłam różne sceny parodiujące inne serie, przez co moja ciekawość osiągnęła wysoki poziom. Obejrzałam dwa odcinki i... coś nie pykło. Nawet ciężko powiedzieć co. Postacie naprawdę przypadły mi do gustu, a dla mnie to najważniejszy element każdej serii. Jak to możliwe, że tyle pozytywnych cech nie wystarczyło? Wydaje mi się, że po prostu rodzaj humoru mnie przerósł. Z japońskim humorem jest tak, że czasem do mnie trafi, czasem nie i tutaj najwyraźniej mamy ten drugi przypadek. Nie twierdzę, że to zły rodzaj humoru, ale jakoś mnie nie ruszył. Bardzo możliwe, że gdyby to była krótka seria, udałoby mi się ją łyknąć, ale że odcinków jest dużo, uznałam, że nie ma sensu się męczyć.

5. Fullmetal Alchemist




Najdziwniejsze zostawiłam na koniec. Czemu najdziwniejsze? No spróbujcie popytać ludzi, którzy siedzą w anime i zobaczcie ile osób stwierdzi, że nie lubi FMA. Zresztą nawet nie mogę powiedzieć, że nie lubię tej serii. Wydaje mi się, że problem tu jest zdecydowanie bardziej złożony. Obejrzałam wcale nie tak mało, bo jakieś kilkanaście odcinków. Czyli więcej niż te wszystkie anime razem wzięte z całej listy. Dlatego naprawdę bardzo, ale to bardzo próbowałam się wciągnąć w tę serię. Ale znowu nie pykło i chyba mam teorię dlaczego. Otóż za FMA wzięłam się w momencie, gdy moje zainteresowanie anime zaczęło iść w kierunku trochę innych klimatów, innego stylu. I wydaje mi się, że gdybym wzięła się za FMA parę lat wcześniej sytuacja wyglądałaby zgoła odmiennie. Ale cóż, wyszło jak wyszło. Nie da się polubić wszystkiego.

niedziela, 29 października 2017

6 anime, które chcę obejrzeć, ale mam opory

Czasami jest tak, że chętnie wzięlibyście się za jakąś nową serię, ale coś sprawia, że nie możecie zebrać się w sobie i włączyć tego pierwszego odcinka. Pomyślałam, że jak napiszę o tych różnych animcach, które za mną chodzą, to może łatwiej będzie mi zdecydować, czy zabierać się za coś nowego, a jeśli tak, to za co. Siłą rzeczy opisy zostały wzięte z innych portali. Wiem, że zajmują większość tego tekstu, ale cóż, sama tych animców nie oglądałam, więc ciężko byłoby mi się na ich temat rozpisywać. Chciałam po prostu przedstawić swoje powody i dać wam jakieś informacje o tych seriach, żeby łatwiej było zrozumieć, o co mi chodzi. Pragnę też zaznaczyć, że wszystkie te serie są wysoko oceniane na portalach internetowych, więc jakość samego anime nie jest tu częścią dylematu. Kolejność w tym rankingu (czy może raczej liście) również nie ma znaczenia.


6 anime, które chcę obejrzeć, ale mam opory





1. Uchuu Kyoudai

 

Opis: Historia opowiada o losach dwóch braci, Hibito i Mutty. Młodszy brat, Hibito, już od urodzenia ma niebywałe szczęście. Niestety, starszy brat, Mutta, to jego przeciwieństwo - pechowiec. Pewnego dnia, spoglądając w niebo, bracia widzą UFO. To wydarzenie odciska na nich piętno i składają wspólną obietnice stania się astronautami. W roku 2025 Hibito dotrzymuje swojej obietnicy i trafia do grupy astronautów, którzy niedługo polecą i zamieszkają przez pewien czas na Księżycu. W międzyczasie jego starszy brat porzuca pracę i staje się bezrobotnym. Jednakże jedna wiadomość od brata wystarcza, żeby podjąć decyzję ponownego rozpoczęcia starań, aby zostać astronautą. - źródło shinden.pl

Czemu chcę obejrzeć: Przede wszystkim kosmosy. Uwielbiam historie o astronautach i statkach kosmicznych, i chyba nie oglądałam jeszcze anime w takim klimacie. Opis sugeruje, że jest to science fiction z dużą dawką science i niezbyt przytłaczającą dawką fiction. Generalnie lubię, kiedy opowieści o lotach w kosmos mają w sobie nieco realizmu, jak np. „Odyseja kosmiczna 2001” lub „Interstellar”, a jak się jeszcze jest fanem anime... chyba sami rozumiecie:) Do tego anime jest ponoć wesołe, a humoru obecnie mi potrzeba.

Czemu mam opory: Anime liczy sobie 99 odcinków. Od dawna nie oglądałam tak długiej serii i nie zrozumcie mnie źle, wcale nie uważam, że duża liczba odcinków to jakaś wada. Wprost przeciwnie, już od jakiegoś czasu marzy mi się coś, co mogłabym oglądać dłużej niż tydzień, ale jest jeden problem. Jak mnie coś wciąga, to wpadam w to, jak w czarną dziurę. A obecnie nie dysponuję zbyt dużą ilością wolnego czasu, więc nieco obawiam się rozpoczynania długich serii, bo jeśli mi się bardzo spodoba, to nie będę wstanie robić niczego innego w wolnym czasie i zostanę nołlajfem na wiele tygodni.


2. Gyakkyou Burai Kaiji: Ultimate Survivor

 

Opis: W latach dziewięćdziesiątych Japonia była pogrążona w pierwszej recesji po II wojnie światowej. Jedną z ofiar kiepskiego stanu gospodarki stał się Itou Kaiji, który po ukończeniu szkoły średniej przeprowadził się do Tokio w poszukiwaniu pracy. Nie mogąc wyrwać się z biedy, trwonił czas i pieniądze na alkohol, papierosy i hazard. Po dwóch latach takiego życia jego sytuacja zmienia się wraz z wizytą lichwiarza, który przychodzi w sprawie długu Takeshiego Furuhaty. Kaiji swego czasu w chwili słabości został żyrantem, ale znajomy zaginął, a należność urosła do prawie czterech milionów jenów. Nasz bohater ma dwie możliwości do wyboru – spłacać dług przez najbliższe 10 lat albo wypłynąć razem z innymi dłużnikami na rejs statkiem „Espoir” (z francuskiego – nadzieja) i spróbować zdobyć pieniądze w grach hazardowych. Wiadomo, czyją matką jest nadzieja, i Kaiji najwyraźniej zalicza się do tej grupy, bo wystarczy parę sztuczek socjotechnicznych, by wybrał drugą opcję. Pytanie brzmi – dostaniemy przykład miłości rodzinnej czy też rodzicielka wyrzeknie się bohatera? - źródło a-o.ninja

Czemu chcę obejrzeć: O tym anime nasłuchałam się dużo dobrego. Że jest inne, poważne, że porusza interesujące tematy, że ma ciekawych bohaterów. Wydaje mi się, że mogłoby być mocno „vampirciowe” jeśli chodzi o klimat i ma dość przystępną liczbę odcinków (26 bodajże).

Czemu mam opory: Nie będę kłamać, kreska jest okropna. Z reguły mi to nie przeszkadza, jestem pod tym względem dość tolerancyjna, ale tutaj naprawdę masakruje moje poczucie estetyki.


 
 3. Texhnolyze





Opis: To anime znacznie odbiega od przeciętności. Jest mroczne, brutalne, enigmatyczne i oszczędne w słowach. Nagroda American Anime Awards przyznana w 2006 roku za najlepszy dialog w anime dobitnie świadczy, że mało nie znaczy kiepsko. Nie zmienia to faktu, że to nie akcja jest głównym atutem. Ciemne i mało kontrastowe rysunki wraz z dobrze dobranym podkładem dźwiękowym skutecznie tworzą nieprzeciętny nastrój dając mnóstwo czasu do namysłu pomiędzy kluczowymi momentami. Wielowątkowa fabuła powoli ujawnia zarys całości i powiązania pomiędzy postaciami. Koncepcja świata w którym przyszło żyć bohaterom posiada silne podłoże psychologiczne i filozoficzne wywodzące się z fantastyki naukowej. Aby to zrozumieć, trzeba jednak dotrwać do ostatnich odcinków. Brak dokładnej orientacji widza w realiach jest kolejnym zabiegiem związanym z kreowaniem atmosfery zagadkowości i dramatyzmu. Nie ma tu podziału na zło i dobro. Każdy istotny bohater należy do szarej strefy i będziemy mieli okazję poznać obie strony jego osobowości. W świetle tych faktów można śmiało stwierdzić, że anime to jest przeznaczone dla starszych widzów szukających odmiany pośród wszechobecnych schematów. - źródło shinden.pl

Czemu chcę obejrzeć: Jak czytam w opisie, że „to anime znacznie odbiega od przeciętności” to właściwie już czuję się zachęcona. Oprócz tego s-f i cyberpunk to coś, co vampircie bardzo, ale to bardzo lubią. Nie ukrywam też, że mroczne klimaty i wątki psychologiczne zawsze mnie przyciągały, ale jest pewien problem, o którym piszę poniżej.

Czemu mam opory: Ostatnio często łapię doła, przez co boję się, że oglądanie teraz mrocznej serii może nie być dobrym pomysłem. Owszem, dalej lubię ten klimat, ale wydaje mi się, że chyba trzeba zrobić sobie przerwę. A z drugiej strony kusi:(



4. Sidonia no Kishi





Opis: Ludzie uciekli z Ziemi przed obcymi zwanymi Gauna, którzy zniszczyli ich planetę i ruszyli w pogoń za niedobitkami gatunku ludzkiego. Przeżyć udało się nielicznym uciekinierom na statku o nazwie Sidonia, który musiał im służyć wiekami jako forteca. Sidonia no Kishi opowiada o losach chłopaka wychowywanego przez dziadka na dolnych, opuszczonych pokładach statku, będącym jedną z ostatnich nadziei ludzkości. Pewnego dnia w poszukiwaniu jedzenia młodzieniec wybiera się na jeden z górnych pokładów, zostaje zauważony, gdy kradnie ryż i podczas ucieczki przez nieostrożność zostaje złapany. Po tym incydencie zostaje wśród ludzi w świecie, którego do końca nie zna, ale mimo to zaprzyjaźnia się z nimi i postanawia, że będą razem bronić statku i ludzi, których pokochał.

Czemu chcę obejrzeć: Po pierwsze s-f i kosmosy, a o tym już pisałam. Po drugie opis fabuły brzmi naprawdę epicko i mocno, ale to bardzo mocno kojarzy mi się z twórczością Briana Aldissa, który jest jednym z moich ulubionych pisarzy. A do tego dochodzi ta łatwo przyswajalna ilość odcinków: 12.

Czemu mam opory: W tym przypadku jest to trochę trudne do wyjaśnienia. Po prostu nie jestem pewna, czy obecnie mam klimat na coś takiego. Mnie do wszystkiego jest potrzebny odpowiedni nastrój i wydaje mi się, że to nie jest ten moment, kiedy powinnam brać się za coś „aldissowego”.




5. Psycho Pass

 

Opis: Akcja ma miejsce w samowystarczalnej Japonii, odciętej od reszty świata, kierowanej przez Sybill - system komputerowy potrafiący przeskanować człowieka, analizując jego talenty, słabości, a nawet skłonność do popełnienia przestępstwa. Główna bohaterka, Tsunemori Akane, po ukończeniu szkoły i zdaniu egzaminów z najwyższą możliwą notą zostaje przydzielona do specjalnej jednostki policji zajmującej się prewencją – eksterminacją ludzi, których psycho-pass przekroczył bezpieczną granicę. Wymaga się od niej bezwzględnego posłuszeństwa i żelaznych ideałów, na których szczycie oczywiście musi stać stworzony przez Sybill porządek, w którym ludzi dzieli się na tych z czystym i tych z zamglonym pass’em. Pierwsi mają dostęp do wszystkich dóbr, rozrywek i praw, natomiast drudzy, nawet jeśli nigdy jeszcze nie popełnili żadnego przestępstwa, skazani zostają na ośrodek resocjalizacyjny lub śmierć - w zależności od osądu panującego Sybill. - źródło shinden.pl

Czemu chcę obejrzeć: Nie ukrywam, że to anime znajdowało się na szczycie mojej listy do obejrzenia bardzo długo i w zasadzie jedyny powód, dla którego go nie obejrzałam był taki, że gdy już miałam się za nie zabrać (autentycznie miałam się zabrać) nagle zmieniłam zdanie, stwierdziłam, że potrzebuję czegoś wesołego i zamiast niego obejrzałam „Yuri on Ice”. I od tamtej pory już nie miałam klimatu na bubę. Jednak „Psycho Pass” nie przestaje mnie kusić, bo fabuła naprawdę wydaje mi się bardzo obiecująca, samo anime ma niebywale wysoką ocenę na shindenie, bo aż 8,6 i naprawdę podoba mi się kreska. Do tego mam wrażenie, że mogłoby mnie mocno nawenić.

Czemu mam opory
: Za anime próbowałam się zabierać już od jakiegoś roku albo i dłużej, jednak ciągle coś mnie powstrzymuje. Chyba najbardziej obawiam się, że przytłoczy mnie koncepcja świata w tej serii. Bo ja się autentycznie boję takiego świata i mam wrażenie, że on wcale nie jest taki nieprawdopodobny do zaistnienia. Skoro już teraz przeżywam tak sam pomysł, który stoi za tą historią, to co będzie jeśli obejrzę? Ostatnio naprawdę niezbyt dobrze przyswajam bubę.



6. Jormungand




Opis: Głównym bohaterem serii jest „dziecko wojny” Johnathan Mar. Chłopiec traci rodzinę w wyniku ataku na jego wioskę, po czym okoliczności zmuszają go do brania udziału w kolejnych konfliktach zbrojnych jako regularny żołnierz. Za to, co go w życiu spotkało postanawia zemścić się na handlarzach bronią. Sytuacja zmienia się, gdy Jonah trafia do oddziału Koko Hekmatyar – kobiety trudniącej się właśnie handlem bronią. Chłopiec ma za zadanie bronić Koko, współpracując z pozostałymi członkami ekipy, wyspecjalizowanej w sztuce wojennej i zabijaniu. Gdy po raz pierwszy zostaje przedstawiony oddziałowi, wszyscy są przerażeni widokiem chłopca z pistoletem w ręce. Nic dziwnego, ponieważ twarz Jonaha jest totalnie wyzuta z emocji, a on sam sprawia wrażenie zawodowego mordercy. Niemniej szybko zostaje zaakceptowany przez swoich nowych towarzyszy, a to dzięki pierwszej udanej akcji i pierwszej zrobionej przez niego kolacji… W czasie serii bohater podróżuje po całym świecie towarzysząc pracodawczyni w niebezpiecznych interesach z wieloma rządami i organizacjami. - źródło shinden.pl

Czemu chcę obejrzeć: Jest to całkiem wysoko ocenianie anime akcji z przystępną liczbą odcinków. Po „Black Lagoon” przekonałam się, że anime akcji mogą być bardzo przyjemne, zwłaszcza jeśli są w nich interesujące i silne postacie żeńskie.

Czemu mam opory: Czy chcę już powracać do mocniejszych serii? No właśnie nie jestem pewna. Niby obecnie bardziej mi przeszkadza buba psychologiczna niż przemoc sama w sobie, ale mimo wszystko nie wiem czy to anime dostarczy mi tego, czego obecnie potrzebuję. Przy czym ja sama do końca nie wiem, czego potrzebuję, więc chyba właśnie dlatego stworzyłam ten ranking. Może pomoże mi zajrzeć w głąb siebie, czy coś w tym stylu.