piątek, 27 listopada 2020

Dobre rzeczy - cz. 3 - Minecraft

 Tak się składa, że ostatnio wróciła mi faza na Minecrafta i nie jest to coś niezwykłego, ponieważ dzieje się tak średnio co kilka miesięcy. To jest gra, która się nigdy nie nudzi. To znaczy, może się znudzić tymczasowo, jak na przykład zrealizuję jakiś pomysł i nie mam nowego, ale wystarczy zrobić sobie przerwę i prędzej czy później na pewno pojawi się kolejny. Do tego do MC co jakiś czas wychodzą nowe aktualizacje, więc jak się wraca do gry po dłuższej przerwie, zawsze czuć powiew świeżości.

To co najbardziej lubię w tej grze to fakt, że można samemu decydować, jak chce się w nią grać. Nie ma tak, że coś trzeba, albo że gra każe ci postępować w określony sposób. Istnieje całkowita dowolność i to mi bardzo odpowiada, bo nigdy nie lubiłam, jak mi się coś narzuca. W zależności na co mam ochotę mogę grać na trybie kreatywnym i tylko budować, albo robić sobie survival. Do tego istnieje możliwość wygenerowania określonego typu świata i tu się zaczyna prawdziwa radocha. Wiadomo, po tylu latach grania klasyczna rozgrywka może się znudzić i szuka się wtedy nowych wyzwań. Lubię sobie tworzyć światy, które wyglądają jak obce planety. Grałam już kiedyś na pustynnej planecie, na planecie wyglądającej jak Księżyc, a teraz gram na planecie pokrytej zamarzniętym oceanem. Do tego jak gram na trybie przetrwanie, lubię sobie wymyślać do tego fabułę. Np. że jestem rozbitkiem na obcej planecie, albo że mam misję z Ziemi, żeby założyć kolonię na nowym świecie. Ta gra jest jak klocki lego, działa na wyobraźnię i to jest takie super. Mam tylko żal, że zostały uproszczone ustawienia w tworzeniu nowych światów i nie da się już tak naudziwniać jak kiedyś. Nie rozumiem tego. Ale nie będę narzekać, bo to seria o dobrych rzeczach. A dobre jest to, że wreszcie chce mi się w coś grać. I wiem, że pewnie za jakiś czas znowu mi się znudzi i znowu będę czekać kilka miesięcy, żeby wrócić do MC, ale to nic nie szkodzi. Fajne jest to, że po dłuższej przerwie można odpalić swoje stare projekty i wtedy nawet samo zwiedzanie daje mnóstwo radości.

środa, 18 listopada 2020

Dobre rzeczy - cz. 2 - Społeczność forumowa

 Nie chodzi mi o samo forum, ale o grupę osób, które je tworzą. Ostatnio i tak nic nie czytam, ani nie piszę, więc na ten moment sama twórczość zeszła na drugi plan, ale ludzie pewnie nigdy mi się nie znudzą. Tak naprawdę bez nich to forum nie miałoby żadnego sensu. Dla nich chce mi się je odwiedzać. Wiem, że zawsze mogę na nich liczyć, jeśli chcę o czymś porozmawiać. Czasem może mam wrażenie, że nie udzielam się wystarczająco często, ale nawet jeśli nic nie piszę, to jestem obserwatorem i samo czytanie rozmów innych potrafi poprawić mi humor. Czasem się zdarza, że ktoś kogoś zirytuje, ale to nic, zawsze się jakoś potem dogadujemy.

Może kiedyś uda się jeszcze urządzić jakieś spotkanie forumowe. Nie musi być w moim mieście, jest wiele miejsc w Polsce, które chciałabym jeszcze odwiedzić. A nawet jeśli nie spotkamy się wszyscy osobiście, to nic nie szkodzi, bo wspólna rozmowa na forum też daje dużo satysfakcji. Może to mnie trochę ogranicza, bo jakoś tracę potrzebę udzielania się w internecie gdziekolwiek indziej, ale taka już jestem i na ten moment wystarczy mi ta mała garstka osób, do których mam zaufanie. Mam nadzieję, że pozostaniemy w dobrych stosunkach na długie lata.

środa, 11 listopada 2020

Dobre rzeczy - cz. 1 - kanał Roberta Makłowicza

 Nie jestem odosobniona w twierdzeniu, że przeniesienie się Makłowicza na YouTube, to jedyna dobra rzecz, która się wydarzyła w pandemii. No... pewnie nie jedyna, ale wiecie, o co mi chodzi. Nawet jeśli nie jesteście fanami, to chyba większość z was przyzna, że Robert Makłowicz to klasa sama w sobie. Jego kanał jest mi osłodą od samego początku jego istnienia. Co tydzień w piątek o godzinie 17 pojawia się coś wyczekiwanego, coś na początek weekendu i na pocieszenie w tym trudnym okresie. Nawet jeśli podróże na jakiś czas muszą zostać wstrzymane, mnie to nie przeszkadza, jeśli pan Makłowicz dalej będzie kontynuował swoją serię, chociażby z domu. Może cały odcinek przegadać o czymkolwiek, nie dbam o to, i tak się zawsze dobrze słucha.

Cieszę się, że po raz kolejny widzimy dowód na to, że telewizja tak naprawdę to przeżytek, który nie ma już nic do zaoferowania. Nie potrzeba jej, żeby móc oglądać swoich idoli. Mało tego, uważam, że taki kanał jak ma właśnie Makłowicz jest dużo wartościowszy od tego, co oferowała telewizji, bo nikt nie narzuca mu wizji, nic nie musi być wyreżyserowane, widać tu przede wszystkim pasję i prawdziwość. I oczywiście nietaktem byłoby nie podać linku do tego arcy interesującego kanału: https://www.youtube.com/channel/UCCT_JGIn9I9FS6OTzzqWEew

Pewnie powinnam napisać coś więcej, ale prawdę powiedziawszy, czy jest to potrzebne? Kanał broni się sam. Jeśli chcecie poznać nowe potrawy, nowe miejsca i może samemu nauczyć się coś ugotować, albo po prostu chcecie posłuchać kogoś, kto ładnie opowiada, to jest to miejsce dla was. Kto wie, może kiedyś ja również odwiedzę miejsca, pojawiające się w niektórych odcinkach.

poniedziałek, 9 listopada 2020

Nie mam pomysłu... a może jednak...

 Przyznam szczerze, że ostatni rok był dla mnie twórczym dnem i nie jest to tylko związane z pandemią. Pamiętam czasy, kiedy nawet na wakacjach potrafiłam mieć taką wenę, że zamiast spędzać czas na zewnątrz i integrować się z ludźmi, wolałam siedzieć i pisać. Teraz, jak jest wręcz wskazane, żeby siedzieć w domu, to nie mam weny absolutnie na nic. Co prawda zdarzały mi się małe przebłyski pomysłów na to, co można by wrzucić na bloga, ale za każdym razem, po bardzo krótkim czasie dochodziłam do wniosku, że w sumie to bez sensu, że po co, nie chce mi się, nie mam ochoty się dzielić przemyśleniami itp. I nie ukrywam, że tym razem też przychodziły mi do głowy myśli, żeby sobie darować, ale stwierdziłam, że nie, chcę wreszcie coś napisać na blogu, choćby to miało być mega niekonstruktywne.

Generalnie pomyślałam sobie tak: po co się skupiać na złych myślach? Oczywiście, czasami trudno jest nie mieć doła i chyba ostatnio każdy z nas dość często ma gorsze dni, ale mimo wszystko można chociaż spróbować wyłapać te dobre rzeczy... Tak, w ten sposób chcę nazwać nową serię postów (jeśli wypali) na blogu: dobre rzeczy. Każdy taki post byłby poświęcony jakiejś rzeczy, którą lubię i która mnie pociesza. To może być cokolwiek, ulubiona potrawa, dobre miejsce na podróż, gra, film, jakieś pozytywne wydarzenie. Nie zamierzam narzucać sobie żadnych sztywnych ram, jak często ma się taki post pojawiać. Po prostu za każdym razem, jak przyjdzie mi ochota. Skoro w mojej głowie panuje chaos, to niech ten blog składa się z chaotycznie pojawiających się, chaotycznie napisanych postów, ale o czymś dobrym. Napiszcie mi, co o tym myślicie? I może przy okazji byłby to dobry moment, żeby odświeżyć wygląd bloga.

niedziela, 27 października 2019

Kiszonki i plany kulinarne

Ostatnio wpadłam w fazę kiszonkową. Nie ograniczam się już tylko do ogórków, ale też poszerzyłam swoją "działalność" o inne, smaczne produkty, takie jak dynia, papryka, czosnek czy rzodkiewka. Skąd się to u mnie wzięło? Zauważyłam, że kiszenie najzwyczajniej w świecie mnie uspokaja, poprawia mi humor i ogólnie działa terapeutycznie, a ostatnie dwa miesiące były dla mnie dość stresujące, więc potrzebowałam jakiejś nowej odskoczni. Pisanie to dobra forma ucieczki od doczesności, ale czasem bywa męczące, więc jakieś mniej zobowiązujące hobby również jest wskazane. Generalnie lubię gotować, ale kiszenie jest specyficzne. Zastanawiałam się na czym polega jego magia i chyba już wiem. Paradoksalnie ma to związek z tym, co tak długo zniechęcało mnie do kiszenia: czas. Przy większości kiszonek nie ma dużo roboty, ale trzeba odczekać przynajmniej parę dni, żeby były dobre. W przypadku czosnku jest to nawet kilka tygodni. Natomiast ja zawsze preferowałam jedzenie, które można przygotować szybko. Zdałam sobie jednak sprawę, że to właśnie cały ten proces czekania jest najwspanialszy, bo pozwala doświadczyć czegoś, co we współczesnym świecie prawie zostało utracone: wyczekiwanie na gratyfikację. Tak wiele rzeczy możemy mieć natychmiast, że stajemy się niecierpliwi i wszystko chcemy już od razu. A okazuje się, że ta sztuka czekania jest niezwykle ważna. Każdego dnia patrzę na swoje słoiki i myślę sobie: "Ależ one są piękne. Jak cudownie będzie wreszcie je otworzyć i spróbować ich zawartość." Jutro zamierzam otworzyć paprykę, rzodkiewkę na Halloween, a czosnek pewnie dopiero w okolicach święta niepodległości. Ale nie przeszkadza mi to, że muszę czekać. Niech te cuda sobie spokojnie dojrzewają.


A teraz nieco o planach kulinarnych. Z kiszonek chciałabym jeszcze zrobić kalafiora oraz imbir marynowany w occie ryżowym. Ale myślę, że napiszę też trochę o innych rzeczach, które przydałoby się ugotować, bo ja ciągle zapominam, co chciałabym zrobić. Wiem, mogłabym po prostu zanotować sobie w zeszycie, czy coś, ale jakoś bloga uważam za najlepszą formę przypominania sobie, na co właściwie miałam ochotę.
1) Babka ziemniaczana. Nie robiłam jej całe wieki, a to takie proste i przyjemne danie. Robi się ją podobnie jak placki ziemniaczane, tylko zamiast smażyć na patelni, piecze się masę w piekarniku, przez co danie nie jest tłuste. Polecam każdemu, komu w plackach ziemniaczanych przeszkadza nadmierna ilość tłuszczu, ale lubi ich smak.
2) Leczo. Uwielbiam paprykę, a w tym roku jakoś zadziwiająco rzadko robiłam tę potrawę. Muszę się pospieszyć i zrobić ją, póki papryka jest jeszcze tania. Nie zostało mi zbyt wiele czasu. Może dodam też dynię.
3) Kupiłam suszony bób pod wpływem impulsu i przydałoby się go do czegoś wykorzystać, tylko jeszcze nie wiem do czego. Jestem otwarta na sugestie.
4) Bułki z dodatkiem mąki kokosowej. Robiłam już z mąką dyniową i wyszło super. Jestem ciekawa jak zadziała kokosowa.
5) Tofurnik czyli "sernik" z tofu. Mam już obczajony przepis i absolutnie muszę go przetestować na dniach. Chodzi za mną od dawna.
6) Barszcz. Stwierdziłam, że skoro mam fazę na kiszonki, to grzechem byłoby nie zrobić kiszonego barszczu. Napaliłam się, że w tym roku zrobię własny barszcz na wigilię, ale najpierw wolałabym go przetestować, żeby nie wyszedł źle.
7) Indyjskie pieczywo. Jeszcze nie wiem, które konkretnie, ale mam książkę kucharską z kuchnią indyjską, którą dostałam w tym roku na urodziny i wstyd się przyznać, że na razie niewiele z niej zrobiłam. A jestem fanką kuchni indyjskiej, więc koniecznie muszę coś nowego przetestować.

I założę się, że pewnie o czymś zapomniałam, ale jak sobie przypomnę, to dopiszę do listy;)

poniedziałek, 30 września 2019

Half Life - lepiej późno niż wcale

Witam po długiej przerwie. Moje zaniedbanie bloga upatruję częściowo w fakcie, że wciągnęły mnie gry, więc dzisiaj postanowiłam napisać o grach, które ostatnio mocno mnie pochłaniały. Oba Half Life'y mają już swoje lata, ale mnie jakoś nigdy nie przeszkadzało zabieranie się za starocie po latach. Choć staroć, to może nie jest tu odpowiednie słowo. Zarówno pierwsza jak i druga część gry mocno wyprzedzały swoje czasy i do tej pory dają wiele radości, ale o tym za chwilę.
Choć w pierwszej kolejności przeszłam HL2, najpierw pozwolę sobie powiedzieć parę słów o Black Mesa. Ponieważ jest to odnowiona wersja jedynki, postanowiła odpuścić sobie oryginał i zagrać w lepszy pod względem graficznym odpowiednik. I teraz żałuję, ale zanim wyjaśnię czemu, najpierw parę słów o fabule. Nie będę wdawać się w szczegóły, ale chcę przynajmniej ogólnie nakreślić w jakim klimacie jest to gra. Jeśli oglądaliście "Stranger Things" to wiedzcie, że główny zamysł jest w zasadzie podobny. Zostaje otwarty portal do innego wymiaru i na Ziemię przychodzi paskudztwo. Proszę bardzo, o to moje streszczenie gry. Ale tak serio, gra jak na strzelankę jest nawet rozbudowana fabularnie. Jest sporo interakcji z enpecami i dzieje się trochę więcej niż tylko inwazja obcych. Powiedziałabym, że gra jest utrzymana w konwencji survival horroru, ale z pewnymi elementami humorystycznymi i celową sztampą, przez co nie jest aż tak straszna. A dowodem na to jest fakt, że byłam w nią w stanie grać. Czemu jednak żałuję, że nie przeszłam oryginału? Bo Black Mesa nie jest dokończona, po prostu. Wygląda świetnie, gra się fajnie, ale niestety urywa się w najlepszym momencie. Pewnie jeszcze kiedyś wrócę do oryginału, ale mimo wszystko żałuję, że nie zrobiłam tego na odwrót. Najpierw oryginał, potem Black Mesa. Żeby jednak nie było, że gra jest perfekcyjna. W mechanice jedynki jest coś, co absolutnie doprowadzało mnie do szewskiej pasji: skakanie. W większości gier, żeby na coś wskoczyć wystarczy nacisnąć strzałkę do przodu i skok, ale nie tutaj. Ktoś chyba uznał, że to za łatwe i w HL, żeby na coś wskoczyć trzeba nacisnąć przycisk kucania, strzałkę i skok, oczywiście robiąc to z perfekcyjnym  wyczuciem. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak utrudniało to przejście niektórych fragmentów. I tak, wiem, co chodziło twórcom po głowie. W prawdziwym życiu jak chcesz na coś wskoczyć, to musisz ugiąć nogi. Sęk w tym, że to gra, a nie prawdziwe życie i tu sterowanie ma być przede wszystkim funkcjonalne. Koniec. Na całe szczęście w drugiej części zostało to poprawione i skacze się już normalnie.
Przechodząc do drugiej części, ta gra jest już w nieco innym klimacie, a fabuła bardziej rozbudowana. Akcja toczy się dwadzieścia lat po wydarzeniach z pierwszej części i zamiast survival horroru mamy tu dystopię, w której obcy zniewolili ludzkość i jak się zapewne domyślacie, trzeba walczyć z siłami ucisku. Ten klimat trafia do mnie zdecydowanie bardziej i nie ukrywam, że świat w HL2 jest bardzo inspirujący. Nie ma też tylu denerwujących elementów co w pierwszej części, choć mnie osobiście wyjątkowo nie spasowały fragmenty, w których trzeba prowadzić jakiś pojazd, ale ogólnie plus za różnorodność. Praktycznie każdy rozdział gry jest inny, a oprócz strzelanki są też elementy logiczne. Podobnie zresztą jak w pierwszej części, tyle że tutaj nie ma wielkiego kręcącego się czegoś, po którym trzeba skakać ze zrytym sterowaniem. Tak, piję do końcówki Black Mesa, która mocno działała mi na nerwy. Przy czym, żeby nie było, w HL2 również trafia się wkurzający motyw, ale pod koniec epizodu 2, będącego dodatkiem do gry. Ostatnia walka jest wyjątkowo żmudna, denerwująca i monotonna, ale jak się już ją przejdzie, nastaje ogromna satysfakcja.
W tym moim chaotycznym wywodzie niemalże zapomniałabym wspomnieć o G-manie, zwanym też panem z teczuszką, będącym zdecydowanie najlepszą i najbardziej intrygującą postacią z gry. Mam ogromną nadzieję, że jego tożsamość nigdy nie zostanie ujawniona, bo właśnie ten element tajemnicy sprawia, że każdy może snuć własne teorie, a te niedopowiedzenia pozostawiają dużo miejsca na fanowską kreatywność. W gruncie rzeczy cieszę się również, że fabuła nie została zakończona, bo to sprawia, że sami możemy dopowiedzieć sobie resztę.

*** Uwaga! Lokowanie produktu!*** :D

A jeśli jesteście ciekawi, co jeszcze mogło się wydarzyć w tym świecie, czego nie ma w grze, to zapraszam do czytania mojego nowego fika, który jest obecnie w trakcie powstawania.

Link do fanfika znajdziecie tutaj: http://forum.vampirciowo.pl/viewtopic.php?f=6&p=22448#p22384


Haha, i tym sposobem upiekłam dwie krowy na jednej pieczeni. Post na bloga i reklama ficza;) Do następnego!

niedziela, 10 lutego 2019

Top5 mang&anime, które nadawałyby się na wersję aktorską

Na wstępie chciałam wyklarować parę niejasności, które mogą wyniknąć z tej listy. Po pierwsze wcale nie uważam, że film to coś lepszego od anime, bo gdyby tak było, to oglądałabym więcej filmów niż anime, a tak nie jest. Mówię o tym, bo przypomniało mi się, jak kiedyś ktoś mi zarzucił, że faworyzuję film jako formę przekazu, bo lubię rozważać ewentualne wersje aktorskie mang lub anime. Otóż nie. Ja po prostu zawsze tak miałam, że jak czytałam fajne książki, mangi, grałam w gry to lubiłam sobie wyobrażać jakby to wyglądało jako film. Nie wiem czemu, po prostu mój mózg tak ma. I zdaję sobie sprawę, że jest wiele osób, które są strasznie przewrażliwione na punkcie swoich ulubionych animców i jakakolwiek forma adaptacji jest dla nich profanacją. No cóż, każdy ma prawo do własnego zdania. Zdaję sobie sprawę, że większość adaptacji m&a do tej pory nie powalała, ale myślę, że to nie przez to, że m&a się nie nadaje jako materiał do adaptacji, tylko po prostu twórcy filmowi wciąż mają w tym zbyt małą wprawę. Pomyślcie np. o komiksach z superbohaterami. Kiedyś filmy na ich podstawie były w dużej mierze nieudane i raczej nie traktowano tych komiksów jako dobry materiał na filmy dla szerszej publiczności. A co mamy teraz? Wielki renesans filmów z superbohaterami, które są oglądane i cenione przez miliony ludzi na całym świecie. Czy kiedyś tak będzie z adaptacjami anime? Nie wiem, ale uważam, że jak się chce, to się da.
Przepraszam za ten trochę przydługi wstęp, ale jeszcze jedna, mała sprawa do wyjaśnienia zanim zaczniemy. To jest lista anime, które moim zdaniem najbardziej nadają się na to, żeby zrobić z nich udaną adaptację filmową, ale niekoniecznie są to anime, których adaptację najbardziej chciałabym zobaczyć. Co nie zmienia faktu, że moje lubienie poszczególnych serii też na pewno miało wpływ na kształt tej listy.



5. Banana Fish


Akcja tej serii rozgrywa się głównie w Nowym Jorku. Mamy tu młodego Japończyka oraz nastoletniego przywódcę gangu, chłopaka, który jest własnością mafijnego bossa. Obaj młodzieńcy zaprzyjaźniają się, ale niestety razem wplątują się w spore problemy. Pojawia się też motyw narkotyku, używanego w niecnych celach oraz intryga na wysokim szczeblu. Nie brakuje tu scen akcji, a kino sensacyjne cieszy się przecież popularnością od dawna. Są też postacie z różnych grup etnicznych, a to jest, moim zdaniem, na czasie. Dlatego wydaje mi się, że taka adaptacja bardzo sprawdziłaby się jako kooperacja zachodu z Azją. Pewnie zauważyliście, że czasem jest tak, że Amerykanie robią adaptacje mang lub anime, których akcja toczy się w Japonii, zaś Japończycy z jakiegoś powodu wybierają te, w których większość postaci to nie Azjaci. I wtedy rodzi się pytanie: Czemu się po prostu nie zamienią? No to tutaj nie byłoby tego problemu, gdyby połączyć siły. Wszyscy mogliby być usatysfakcjonowani.

4. Rainbow: Nisha Rokubou no Shichinin


Tutaj wkraczamy w bardzo mroczne klimaty, choć i Banana Fish do lekkich nie należało. Tym razem mamy serię, której akcja toczy się w Japonii w latach 50tych i opowiada o nastolatkach, zmuszonych walczyć o przetrwanie w poprawczaku. Fabuła wybiega nieco bardziej w przyszłość, więc poznajemy też ich dalsze losy, ale w dużej mierze wpisuje się to w stylistykę historii więziennej. A filmów i seriali o więzieniu jest całkiem sporo, co ewidentnie pokazuje, że ludzi taka tematyka interesuje. Mało tego, istnieje już film, który jest w bardzo podobnym klimacie do „Rainbow”, czyli „Uśpieni”, więc czemu miałoby to nie wypalić w wersji japońskiej, zwłaszcza, że ten materiał daje fabularnie znacznie większe pole do popisu. Myślę, że wiele osób na całym świecie dałoby się wciągnąć w tę historię, zwłaszcza że mamy tu gamę naprawdę złożonych, interesujących i bardzo różniących się od siebie postaci.

3. Steins;Gate


Nie byłabym sobą, gdyby na liście nie pojawiło się coś z dużą ilością postaci żeńskich. Myślę też, że nie byłabym sobą, gdybym pominęła coś o maszynie czasu i efekcie motyla. W zasadzie w tym anime nie ma zbyt wiele fizycznego podróżowania w czasie, ale jest bardzo ciekawy motyw zmieniania pewnych rzeczy w przeszłości tak, że powstają alternatywne wersje teraźniejszości. Wiem, że wiele osób lubi taką tematykę, a do tego dochodzi jeszcze wątek romantyczny, więc każdy znalazłby coś dla siebie. Motyw zmian w teraźniejszości, by uchronić nas przed mroczną przyszłością, też jest raczej znany i lubiany. Do tego dochodzi jeszcze jedna kwestia. Mam wrażenie, że niektóre adaptacje anime zaliczają klapę, bo z jednej strony są za mało „animcowe” dla hardcorowych fanów, a z drugiej zbyt hermetyczne dla ludzi spoza fandomu. W „Steins;Gate” mamy trochę typowo „animcowych” elementów, ale też fabułę, która mogłaby trafić do szerszej publiczności, dlatego uważam, że ta seria zaadaptowana w odpowiedni sposób mogłaby połączyć te dwa światy.

2. Tiger&Bunny


Powiem szczerze, dziwnym dla mnie jest, że taki film jeszcze nie powstał. Jednak w trakcie tworzenia tej topki dowiedziałam się, że wersja hollywoodzka jest w planach. Mam nadzieję, że dojdzie do skutku. Pożyjemy, zobaczymy.
Jak już wspominałam we wstępie, obecnie mamy istny renesans filmów o superbohaterach i oglądają je nie tylko fani komiksów. Popularność zdobyły też filmy nieco prześmiewcze, jak np. „Deadpool” i prawdę powiedziawszy seria „Tiger&Bunny” też trochę taka jest, bo opowiada o świecie, w którym superbohaterowie to celebryci, a ich praca jest traktowana jako reality show. Nie brakuje też podobieństw z „X-men”, bo supermoce są wytłumaczone czymś w rodzaju mutacji występującej u niektórych ludzi. Zaś sam Tiger w swoim pancerzu przypomina trochę Ironmana.
Naturalnie aby taka adaptacja się udała, twórcy musieliby iść na parę kompromisów, ale w adaptacjach chyba zawsze o to właśnie chodzi. Jeśli wziąć pod uwagę kilka ewentualnych poprawek, to byłby naprawdę idealny materiał na film na miarę naszych czasów.

1. Berserk


Ta manga jest praktycznie stworzona do tego, żeby zrobić na jej podstawie film. Żyjemy w czasach, w których dark fantasy nie jest już chyba nikomu obce. „Gra o tron” czy „Wiedźmin” pokazały wszystkim, że fantastyka nie jest tylko dla dzieci, młodzieży i dziwaków. Że tytuły skierowane do dorosłych też mogą się sprzedać. Że wcale nas tak bardzo nie szokują przepełnione przemocą historie o czarach i demonach. Mało tego, wydaje mi się, że „Berserk” jest właśnie mangą, która doskonale przemówiłaby do osób nieinteresujących się japońskim komiksem, bo bardziej wpisuje się w stylistykę zachodnich opowieści fantasy, rozgrywających się w świecie a'la średniowiecze.
Myślę, że jeden film, to byłoby za mało. Tu aż się prosi o trylogię i jestem przekonana, że gdyby zrobić to porządnie, to każdy taki film odniósłby ogromny sukces. Prawda jest taka, że już od dawna na niego czekam i doczekać się nie mogę. Może zamiast brać to, co najlepiej wychodzi Japończykom i maścić to potem okrutnie, lepiej byłoby sięgnąć po coś, co właśnie idealnie sprawdziłoby się jako film zachodni z wielkim budżetem i rozmachem? Mam nadzieję, że ktoś kiedyś na to wpadnie i że uda się taki projekt zrealizować, choć boję się, że po zbyt wielu niewypałach, studia mogą zacząć być bardziej niechętne do sprzedawania praw autorskich.

Podsumowując, to nie tak, że pewne mangi czy anime koniecznie muszą mieć swoje wersje aktorskie, bo często dobrze radzą sobie same. Ale pamiętajcie o jednym. Film zawsze trafi do szerszego grona odbiorców niż manga czy anime, więc gdyby umiejętnie wybierać materiał na adaptacje filmowe, możliwe, że więcej osób zainteresowałoby się japońską animacją, a wtedy zyskaliby wszyscy.